Nowy "Toksyczny mściciel" to krwawa jatka i komedia w jednym

Po długim oczekiwaniu remake kultowego klasyka Tromy w końcu trafił na ekrany, a pierwsze reakcje są jednoznacznie entuzjastyczne.
"The Toxic Avenger" zbiera bardzo dobre oceny zarówno od krytyków, jak i od widzów. Na portalu Rotten Tomatoes film może pochwalić się wynikiem 83% pozytywnych recenzji, a opinie fanów zdają się potwierdzać, że na tę premierę warto było czekać.
Wielu widzów podkreśla, że nowa wersja z powodzeniem "dorównuje szaleństwu oryginału", jednocześnie będąc "godnym następcą w uniwersum Toxic Avengera". Warto przypomnieć, że historia Toxiego rozpoczęła się w 1984 roku i doczekała się kilku kontynuacji, w tym "Citizen Toxie: The Toxic Avenger IV" z 2000 roku.
O czym opowiada nowy "Toxic Avenger"?
Za reżyserię odświeżonej wersji odpowiada Macon Blair. W roli głównej występuje Peter Dinklage, który wciela się w Winstona Gooze'a, uciśnionego woźnego. Jego życie zmienia się diametralnie po tragicznym wypadku z toksycznymi odpadami, w wyniku którego przechodzi transformację staje do walki z bezwzględnymi korporacjami i skorumpowanymi siłami zagrażającymi jego synowi, przyjaciołom i całej społeczności.
W obsadzie znaleźli się również Jacob Tremblay ("Doktor Sen") jako syn Winstona, Kevin Bacon jako zdeprawowany biznesmen oraz Elijah Wood w roli jego syna. Co ciekawe, w kostium Toxiego wciela się Luisa Guerreiro, a Peter Dinklage użycza postaci swojego głosu. Jeden z użytkowników Rotten Tomatoes, Alejandro A, napisał w swojej recenzji:
Ten film ma idealną dawkę gore, tandetnego humoru i klimatu kina niskobudżetowego, a wszystko to z udziałem znakomitej obsady. Doceniam bezkompromisowe podejście do historii.
Hołd dla oryginału i powiew świeżości
"The Toxic Avenger" to produkcja, która jest jednocześnie tandetna, kampowa, przezabawna i wciągająca. Twórcy oddają hołd oryginałowi, serwując jednocześnie coś świeżego dla nowej publiczności. To film, który najlepiej ogląda się w kinie, w gronie widzów gotowych śmiać się z jego prostego humoru, przesadzonej dawki gore i anarchicznej zabawy.
Niektórzy recenzenci określają go jako "tandetny, przezabawny i ujmujący film klasy B", a inni już teraz domagają się kolejnych części. Przyszłość serii zależy oczywiście od wyników finansowych nowej wersji, więc na ten moment pozostaje nam czekać na oficjalne informacje.
Misja: Hollywood. Czy Paramount przeniesie Call of Duty na wielki ekran?

Jedna z najpopularniejszych serii gier wideo wszech czasów może wreszcie doczekać się filmowej adaptacji.
Według informacji portalu Puck, studio Paramount prowadzi rozmowy w sprawie nabycia praw do marki Call of Duty z zamiarem stworzenia filmu aktorskiego. Na razie nic nie jest jeszcze przesądzone, ale wydaje się, że wytwórnia jest na dobrej drodze do dodania kolejnego potencjalnego hitu do swojego portfolio. Po udanym starcie franczyzy Sonic the Hedgehog, Paramount chce powtórzyć ten sukces z jedną z najlepiej sprzedających się gier akcji w historii.
Wybór materiału źródłowego jest ogromny – seria liczy ponad 20 głównych odsłon. Pozostaje więc pytanie, czy studio zdecyduje się na adaptację konkretnej części, czy też postawi na zupełnie nową historię osadzoną w tym uniwersum.
Nowa strategia Paramount
Po fuzji ze Skydance i zmianach w kierownictwie, Paramount podejmuje odważne kroki, aby wzmocnić swój katalog nadchodzących produkcji. Od podpisania dużej umowy z braćmi Duffer (twórcami Stranger Things), po ponowne zainteresowanie rozwojem filmów z uniwersum Star Trek, wytwórnia wyraźnie chce zaznaczyć swoją obecność na dużym ekranie. Przejęcie praw do Call of Duty nie tylko wzmocniłoby jej pozycję w wyścigu o uwagę widza, ale również otworzyłoby drzwi do stworzenia zupełnie nowej franczyzy. Seria gier od dawna znana jest z angażowania gwiazd filmowych do kluczowych ról, co mogłoby ułatwić Paramount rekrutację znanych nazwisk do aktorskiej obsady.
Długa droga Call of Duty do kina
Próby przeniesienia Call of Duty na ekran trwają od lat. W 2018 roku ogłoszono plany stworzenia filmu w ramach inicjatywy Activision, mającej na celu rozszerzenie marki na nowe media. Za kamerą miał stanąć Stefano Sollima, reżyser Sicario 2: Soldado, a scenariusz pisał Scott Silver (Joker). Mimo braku zakontraktowanych aktorów, projekt nabierał tempa, a start produkcji planowano na 2019 rok. W przygotowaniu był nawet sequel, do którego scenariusz miał napisać Joe Robert Cole (Czarna Pantera).
Jednak w 2020 roku Sollima ujawnił, że Activision postanowiło odłożyć projekt na półkę. W jednym z wywiadów powiedział:
Cóż, film Call of Duty pozostał w zawieszeniu... Napisaliśmy scenariusz ze Scottem Silverem i, powiedzmy, że pomysł rozszerzenia uniwersum... nie jest już (w tej chwili) priorytetem przemysłowym grupy, czyli Activision... Więc, mówiąc trywialnie, utknął w martwym punkcie, co w Ameryce zdarza się dość często.
Nowe rozdanie - stare pomysły?
Chociaż w 2022 roku pojawiły się plotki o możliwym zaangażowaniu Dwayne'a Johnsona, projekt pozostawał w uśpieniu. Jeśli Paramount ostatecznie przejmie prawa, nie jest jasne, czy studio zdecyduje się na powrót twórców związanych z wersją z 2018 roku. Mówiło się, że film w reżyserii Sollimy miał opowiadać oryginalną historię. To może się jednak zmienić, zwłaszcza że fani serii od dawna domagają się adaptacji niezwykle popularnych podserii Modern Warfare oraz Black Ops. Na razie pozostaje czekać na oficjalne potwierdzenie ze strony studia.
Zapomniany film z uniwersum Gwiezdnych wojen powraca?

Świat Gwiezdnych wojen przechodzi zmiany. Lucasfilm przygotowuje się do powrotu sagi na wielki ekran po siedmioletniej przerwie – w 2026 roku z filmem "The Mandalorian & Grogu", a rok później z "Starfighter" Shawna Levy'ego z Ryanem Goslingiem.
Tymczasem chodzą plotki, że projekt, który od dawna uważano za skasowany, może niespodziewanie powrócić.
Niespodziewany powrót "Rogue Squadron"?
W ostatnich latach wiele zapowiadanych projektów ze świata Gwiezdnych wojen pojawiało się i znikało. Filmy Taiki Waititiego, Riana Johnsona czy Patty Jenkins trafiały na listę planów, by potem z niej zniknąć. Wygląda jednak na to, że ostatni z wymienionych tytułów może ponownie znaleźć się w harmonogramie przyszłych premier.
Minęło już pięć lat, odkąd ogłoszono, że Patty Jenkins, reżyserka "Wonder Woman", stanie za sterami "Rogue Squadron". Film miał trafić do kin w grudniu 2023 roku. Pandemia spowodowała jednak liczne opóźnienia, a w 2022 roku Disney ostatecznie usunął produkcję ze swojego kalendarza premier, co w branży odebrano jako skasowanie projektu.
Na początku 2024 roku, w rozmowie z portalem Collider, Jenkins niespodziewanie wspomniała, że ponownie pracuje nad swoim filmem osadzonym w uniwersum Gwiezdnych wojen. Od tamtej pory nie pojawiły się żadne oficjalne informacje, a szefowa Lucasfilm, Kathleen Kennedy, nie wspominała o "Rogue Squadron" w żadnym z ostatnich wywiadów. Teraz jednak, według insidera Daniela Richtmana, projekt faktycznie wrócił do gry. Co więcej, do fazy rozwoju miał trafić jeszcze jeden, niezatytułowany na razie film, choć na temat obu produkcji brakuje jakichkolwiek szczegółów.
Co słychać w odległej galaktyce?
Od premiery "Skywalker. Odrodzenie" w 2019 roku, franczyza Gwiezdnych wojen rozwijała się wyłącznie na platformie Disney+, gdzie seriale takie jak "The Mandalorian", "Ahsoka" czy "Andor" stały się nową twarzą sagi. Teraz Kathleen Kennedy dąży do tego, by Gwiezdne wojny na stałe wróciły do kin. Okazuje się to jednak trudniejsze, niż pierwotnie zakładano – większość reżyserów rezygnuje z projektów lub ich prace utykają na etapie rozwoju.
Film "The Mandalorian & Grogu" jest już ukończony i z pewnością trafi na ekrany w przyszłym roku, a "Starfighter" Shawna Levy'ego również wydaje się być na dobrej drodze. Inne produkcje, takie jak "Dawn of the Jedi" Jamesa Mangolda, utknęły w miejscu, powrót Daisy Ridley jako Rey Skywalker w filmie o Nowym Zakonie Jedi został opóźniony, a do listy potencjalnych tytułów dołączył projekt Simona Kinberga.
Czy "Rogue Squadron" Patty Jenkins w końcu wzbije się w powietrze? A może za kolejne pięć lat wciąż będziemy dyskutować o tych samych, niezrealizowanych planach? Czas pokaże. Fani reżyserki mogą mieć nadzieję, że tym razem projekt dotrze do mety, ale na razie warto podchodzić do tych doniesień z rezerwą.
Co obejrzeć w kinie w ten weekend?

Sierpień przyniósł nam kilka naprawdę interesujących pozycji kinowych - mamy tu wyczekiwany powrót kultowej komedii, dwie propozycje dla fanów kina grozy oraz wznowienie jednego z najważniejszych filmów w historii.
Bez względu na to, jakich emocji szukasz w kinie, w ten weekend na pewno znajdziesz coś dla siebie.
"Zakręcony Piątek 2" – nostalgia w nowym wydaniu
Po ponad dwudziestu latach Jamie Lee Curtis i Lindsay Lohan powracają jako Tess i Anna Coleman. Kontynuacja kultowej komedii Disneya to prawdziwa gratka dla fanów oryginału, ale też świetna propozycja dla nowego pokolenia. Tym razem dorosła już Anna sama ma córkę i przygotowuje się do ślubu. Kiedy wydaje się, że rodzinne relacje są już wystarczająco skomplikowane, historia lubi się powtórzyć. Magiczna zamiana ciał dotyka nie tylko Annę i Tess, ale również przyszłą pasierbicę Anny i jej nastoletnią córkę. Zapowiada się podwójna dawka humoru, chaosu i ciepłej opowieści o rodzinnych więziach.
"Bring Her Back" – nowy horror twórców "Mów do mnie!"
Bracia Danny i Michael Philippou, którzy zachwycili świat horrorem "Mów do mnie!", powracają z nowym, mrożącym krew w żyłach dziełem. "Bring Her Back" (w Polsce dystrybuowany jako "Oddaj ją") to historia osieroconego rodzeństwa, które trafia pod opiekę pogrążonej w żałobie kobiety (w tej roli znakomita Sally Hawkins). Wkrótce odkrywają, że ich nowy dom skrywa tajemnicę przerażającego okultystycznego rytuału. Widzów czeka gęsty, niepokojący klimat i terror psychologiczny na najwyższym poziomie. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów ambitnego kina grozy.
"Together" – gdy miłość staje się koszmarem
To drugi horror w tym zestawieniu, ale o zupełnie innym charakterze. "Together" to przedstawiciel podgatunku "body horror", który eksploruje lęki związane z bliskością i utratą własnej tożsamości w związku. Para bohaterów (grana przez prawdziwe małżeństwo, Alison Brie i Dave'a Franco) ucieka na wieś, by pielęgnować swoje uczucie. Ich relacja zaczyna jednak przybierać niepokojącą, fizyczną formę, a ich ciała ulegają przerażającej transformacji. Film zapowiadany jako oryginalna i niepokojąca metafora związkowego "sklejenia" trafił do kin dzisiaj.
"Człowiek słoń" (wznowienie) – zobacz arcydzieło na dużym ekranie
Dla widzów szukających zupełnie innych emocji, kina studyjne przygotowały pokazy odrestaurowanej wersji "Człowieka słonia" Davida Lyncha. Oparta na faktach, czarno-biała historia Johna Merricka – człowieka o zdeformowanym ciele i niezwykle wrażliwej duszy – to jeden z najbardziej poruszających filmów w historii. Po latach wciąż robi ogromne wrażenie swoją subtelnością, mistrzowską reżyserią i genialną rolą Johna Hurta. Możliwość zobaczenia tego ponadczasowego dzieła o ludzkiej godności na wielkim ekranie to wydarzenie, którego nie można przegapić.
Powraca złota era komedii romantycznych?

W ostatnich latach komedia romantyczna stała się w kinie gatunkiem nieco zapomnianym. Dominacja superbohaterskich widowisk, mrocznych dramatów i skomplikowanych seriali sprawiła, że proste historie o dwójce ludzi, którzy w końcu odnajdują się w szczęśliwym finale, straciły na popularności.
Po długim okresie posuchy wydaje się, że gatunek ten przeżywa swoisty renesans i choć nowa fala komedii romantycznych chętnie nawiązuje do sentymentów i formuł z przeszłości, jednocześnie wprowadza własne, mocno współczesne rozwiązania. Pytanie, czy to faktyczny powrót "złotej ery", czy raczej jej nowa, zmodernizowana wersja?
Zasady, które stworzyły legendy
Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy najpierw przyjrzeć się temu, co stanowiło o sile komedii romantycznych w latach 80. i 90. Była to era, w której gatunek ten kwitł, a takie filmy jak "Kiedy Harry poznał Sally..." z 1989 roku stały się ponadczasowymi klasykami. Sukces produkcji Roba Reinera nie polegał na rewolucyjnym pomyśle, ale na doskonałym wykonaniu znanej formuły. Film, choć oparty na prostym pytaniu: "Czy mężczyzna i kobieta mogą być przyjaciółmi?", urzekał dzięki kilku kluczowym elementom.
Po pierwsze, dialogi. Scenariusz Nory Ephron był pełen błyskotliwych, naturalnych i zapadających w pamięć wymian zdań. To właśnie dzięki nim, a nie wielkim, spektakularnym wydarzeniom, budowano emocjonalną więź z bohaterami. Po drugie, chemia między odtwórcami głównych ról. Meg Ryan i Billy Crystal stworzyli jedną z najsłynniejszych par w historii kina, a ich interakcje wydawały się autentyczne. Po trzecie, tempo i konstrukcja opowieści. "Kiedy Harry poznał Sally..." to historia o powolnym, organicznym rozwoju uczuć, gdzie napięcie rodziło się z niepewności, a nie z oczywistych, fabularnych twistów. Scena, w której Sally udaje orgazm w restauracji, stała się ikoną nie tylko z powodu humoru, ale też dlatego, że idealnie podsumowywała charakterystykę relacji bohaterów.
Ta era dała nam również inne niezapomniane tytuły, takie jak "Bezsenność w Seattle", "Notting Hill" czy "Masz wiadomość". Każdy z nich, choć miał swoją unikalną historię, opierał się na podobnym fundamencie: dobrze napisanych bohaterach, emocjonalnej podróży i satysfakcjonującym, często opatrzonym wielkim gestem, zakończeniu.
Gdzie podziały się romanse?
W okolicach 2010 roku komedie romantyczne zaczęły powoli znikać z kinowych afiszów. Powody były złożone. Wzrost popularności kina akcji, superprodukcji i poważniejszych gatunków odwrócił uwagę widowni. Komedie romantyczne stały się ofiarami własnego sukcesu – na rynku pojawiło się tak wiele generycznych i powtarzalnych tytułów, że widzowie stracili nimi zainteresowanie. Formuła przestała być świeża, a historie o kolejnym przypadku pomyłki i niespodziewanym romansie zaczęły nużyć.
Platformy streamingowe początkowo podtrzymywały gatunek, produkując setki tanich, często schematycznych filmów, które rzadko jednak zyskiwały większy rozgłos. Komedia romantyczna stała się kinem domowym, odległym od wielkiego ekranu i statusu kulturowego fenomenu.
Nowa fala i sentyment do przeszłości
Obecnie sytuacja wygląda inaczej, a renesans gatunku stał się faktem. Nowe produkcje, takie jak film "Tylko nie ty" z 2023 roku, pokazują, że komedia romantyczna może znów być kasowym sukcesem. Klucz do tego tkwi w umiejętnej żonglerce elementami z przeszłości i nowymi rozwiązaniami.
"Tylko nie ty" to film, który jest świadom swojej genezy. Cała jego konstrukcja opiera się na popularnym w latach 90. schemacie „enemies to lovers” oraz na motywie udawanego związku, by osiągnąć jakiś cel. Podobnie jak klasyki, stawia na mocną chemię między głównymi bohaterami – w tym przypadku Sydney Sweeney i Glenem Powellem. Ich wspólne sceny, pełne ciętych ripost i fizycznego humoru, stanowią o sile tej produkcji.
Jednak nowa fala rom-comów to coś więcej niż tylko kalka. Nowe produkcje są znacznie bardziej bezpośrednie i pozbawione typowej dla filmów sprzed lat „niewinności”. Sex i intymność nie są już czymś, co dzieje się dopiero w finale. W "Tylko nie ty" relacja zaczyna się od jednej nocy, a seksualna chemia jest od początku jednym z głównych motorów napędowych fabuły. Dialogi, choć często zabawne, bywają też znacznie ostrzejsze i bardziej dosłowne.
Nowoczesne komedie romantyczne to także filmy, które korzystają z dobrodziejstw popkultury i mediów społecznościowych. Scena, w której bohaterowie śpiewają utwór "Unwritten" Natashy Bedingfield, stała się viralem na TikToku. To właśnie ten moment, łączący nostalgię za wczesnymi latami 2000. z nowoczesnym sposobem dystrybucji, pomógł w promocji filmu. To pokazuje, że powrót gatunku jest możliwy, ale wymaga dostosowania do współczesnej widowni.
Zmienione podejście do relacji międzyludzkich
Ewolucja komedii romantycznych najlepiej widoczna jest w sposobie przedstawiania relacji. Klasyki takie jak "Kiedy Harry poznał Sally..." skupiały się na emocjonalnej podróży i procesie odkrywania uczuć. Ich bohaterowie najpierw musieli zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, a fizyczna bliskość była często kulminacją tego procesu.
W nowych produkcjach, takich jak "Tylko nie Ty" czy nawet netflixowe "Do wszystkich chłopców, których kochałam", schematy są inne. Relacje często zaczynają się od "friends with benefits" lub są "udawanymi związkami". Bohaterowie mierzą się z innymi problemami – karierą, presją społeczną, a także z obawami, które są typowe dla pokolenia, które dorastało w erze mediów społecznościowych. Nowe rom-comy nie boją się być też bardziej otwarte - w "Tylko nie Ty" wątek zdrady pojawia się na początku, co mocno odróżnia go od "niewinnych" konfliktów z przeszłości.
Nowe komedie romantyczne starają się więc zaoferować coś więcej niż tylko powtórkę z rozrywki. Przykładem jest tu także "Bilet do raju", w którym George Clooney i Julia Roberts powracają do ról, które uczyniły ich ikonami gatunku. Film ten gra na nostalgii i pokazuje dojrzałą relację, jednocześnie stawiając na nowoczesne rozwiązania i komedię sytuacyjną, a nie tylko na sam romans.
Dlaczego ta nostalgia jest tak ważna?
Powrót do "złotej ery" jest możliwy dzięki uniwersalnemu, a jednocześnie intrygującemu sentymentowi. W dobie, kiedy kino często serwuje mroczne i skomplikowane historie, komedia romantyczna oferuje coś, czego widzowie potrzebują: eskapizm, optymizm i poczucie, że wszystko skończy się dobrze. To gatunek, który w swojej naturze jest pocieszający i prosty. Nowe produkcje, czerpiąc z klasycznych schematów, zyskują gotowy, sprawdzony przepis na sukces.
Z drugiej strony, jest to też odzwierciedlenie tego, co w kinie jest ponadczasowe. Doskonałe dialogi, błyskotliwe żarty, a przede wszystkim naturalna chemia między aktorami – to elementy, które sprawiają, że filmy z lat 90. są oglądane do dziś. Nowa fala komedii romantycznych udowadnia, że można je przenieść na współczesny grunt, dodając im nową dynamikę i świeżość.
Czy zatem złota era komedii romantycznych powraca? Z pewnością gatunek przeżywa ponowny rozkwit, ale nie jest to powrót w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nowe produkcje czerpią z nostalgii i sprawdzonych formuł, ale jednocześnie wprowadzają nowe zasady, które odpowiadają na potrzeby współczesnej widowni. Relacje są bardziej skomplikowane, język bardziej bezpośredni, a media społecznościowe odgrywają w nich swoją rolę. To nie jest ta sama "niewinność", co w "Kiedy Harry poznał Sally...", ale to wciąż to samo uniwersalne pragnienie, by zobaczyć na ekranie szczęśliwą historię miłosną.
Wenecja i Toronto zapowiadają pierwsze Oscarowe pewniaki

Choć do 98. gali rozdania Oscarów zostało jeszcze wiele miesięcy, dla branży filmowej wyścig po najważniejsze statuetki oficjalnie się rozpoczyna.
Koniec lipca to tradycyjnie moment, w którym dwa kluczowe jesienne festiwale – w Wenecji i Toronto – ogłaszają swoje programy, dając światu pierwszy wgląd w tytuły, o których będzie głośno przez następne pół roku. Już teraz widać, że o nagrody walczyć będą wielkie powroty uznanych reżyserów, odważne role wielkich gwiazd i historie oparte na głośnej literaturze.
Festiwal w Wenecji
Tegoroczna selekcja na weneckim Lido, jak wynika z pierwszych ogłoszeń, zapowiada się imponująco. W konkursie głównym o Złotego Lwa powalczą:
- "The Wizard of the Kremlin" reż. Olivier Assayas
- "Jay Kelly" reż. Noah Baumbach
- "The Voice of Hind Rajab" reż. Kaouther ben Hania
- "Dom pełen dynamitu" reż. Kathryn Bigelow
- "Ri gua zhong tian" reż. Cai Shangjun
- "Frankenstein" reż. Guillermo del Toro
- "Elisa" reż. Leonardo Di Costanzo
- "À pied d’œuvre" reż. Valérie Donzelli
- "Silent Friend" reż. Ildikó Enyedi
- "The Testamend of Ann Lee" reż. Mona Fastvold
- "Father Mother Sister Brother" reż. Jim Jarmusch
- "Bugonia" reż. Yorgos Lanthimos
- "Duse" reż. Pietro Marcello
- "Un film fatto per bene" reż. Franco Maresco
- "Árva" reż. László Nemes
- "L’étranger" reż. François Ozon
- "Eojjeol suga eopda" reż. Chan-wook Park
- "Sotto le nuvole" reż. Gianfranco Rosi
- "Smashing Machine" reż. Benny Safdie
- "Nühai" reż. Shu Qi
- "La grazia" reż. Paolo Sorrentino
Tak jak zapowiadano, w programie nie znalazł się Paul Thomas Anderson ze swoim filmem "Jedna bitwa po drugiej". Nie będzie również polskich filmów w głównych sekcjach festiwalu.
Toronto International Film Festival
Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Toronto (TIFF) odbędzie się w dniach 4–14 września 2025 roku. Podczas festiwalu odbędzie się światowa premiera filmu "Franz Kafka" w reżyserii Agnieszki Holland, a także pokaz filmu "Zima pod znakiem Wrony", adaptacji prozy Olgi Tokarczuk. Festiwal potrwa 11 dni i zaprezentuje filmy z Kanady i całego świata. Oprócz projekcji filmowych, odbędą się również wydarzenia specjalne i spotkania z twórcami filmowymi. TIFF nie ogłasza "tradycyjnych" nominacji, zamiast tego prezentuje filmy w różnych sekcjach, a główną nagrodą jest Nagroda Publiczności, która jest przyznawana na podstawie głosów widzów.
W zaplanowanych na TIFF filmach znajdują się m.in.:
- "100 Sunset", reż. Kunsang Kyirong
- "A Private Life", reż. Rebecca Zlotowski
- "A Poet", reż. Simón Mesa Soto
- "Bad Apples", reż. Jonatan Etzler
- "EPiC: Elvis Presley in Concert", reż. Baz Luhrmann
- "Eleanor the Great", reż. Scarlett Johansson
- "Frankenstein", reż. Guillermo del Toro
- "Good Fortune", reż. Aziz Ansari
- "Normal", reż. Ben Wheatley
- "The Man in My Basement", reż. Nadia Latif, czy
- "Wake Up Dead Man: A Knives Out Mystery", reż. Rian Johnson
Pełna lista filmów dostępna jest na oficjalnej stronie festiwalu.
Nieśmiertelny Henry Cavill

Fani kina akcji od dawna czekali na jakiekolwiek wieści o reboocie "Nieśmiertelnego" (Highlander). Wygląda na to, że projekt w końcu nabiera tempa.
Henry Cavill, były odtwórca roli Supermana, potwierdził, że nowa wersja kultowej franczyzy fantasy jest nie tylko jego następnym filmem, ale także, że zdjęcia do niej rozpoczną się już wkrótce.
Może być tylko jeden... Henry Cavill
Po latach spędzonych w produkcyjnym piekle i zawirowaniach obsadowych – w pewnym momencie główną rolę miał zagrać Ryan Reynolds – reboot "Nieśmiertelnego" wreszcie staje się faktem. Jak wiadomo, może być tylko jeden, a tym razem będzie nim Henry Cavill, który wcieli się w tytułowego nieśmiertelnego wojownika w projekcie realizowanym dla Amazon.
W niedawnej rozmowie z "The Hollywood Reporter" Cavill, zapytany o swoje "wielkie letnie plany", ujawnił, że w jego grafiku znajduje się wyłącznie "Nieśmiertelny". Aktor nie krył ekscytacji związanej z prowadzeniem projektu pod okiem Chada Stahelskiego, reżysera serii "John Wick".
"Nieśmiertelny"! To pochłania całą moją uwagę. To projekt, który niezwykle mnie ekscytuje. Granie tej postaci będzie świetną zabawą i uwielbiam pracować z Chadem Stahelskim. To bardzo utalentowany człowiek.
Zmiany w fabule i spotkanie po latach
Reboot "Nieśmiertelnego" ma podążać ścieżką zbliżoną do oryginału z 1986 roku. Fabuła skupiała się na szermierzu Connorze MacLeodzie, który odkrywa, że jest jednym z wielu nieśmiertelnych wojowników, których zabić można jedynie przez dekapitację. Po kilkuset latach spokojnego życia MacLeod osiada w Nowym Jorku, ale zostaje zmuszony do powrotu na pole bitwy, gdy jego największy wróg powraca, by go zabić i zdobyć tajemniczą "Nagrodę".
Nowa wersja wprowadzi jednak kilka zmian. Chad Stahelski już wcześniej ujawnił, że historia przekształci nieśmiertelnego bohatera granego przez Cavilla w 500-letniego mistrza sztuk walki. Sam reżyser był związany z projektem od niemal dekady i po wielu falstartach jest wreszcie gotowy, by zaprezentować swoją wizję tej fantastycznej serii. W rozmowie z portalem MovieWeb potwierdził, że "Nieśmiertelny" to jego kolejny film:
Jestem teraz skupiony na świecie Johna Wicka, ale moim następnym projektem jest "Nieśmiertelny". Jestem już w tym trybie.
Obsada filmu zapowiada także spotkanie po latach z planu "Człowieka ze stali". Do Henry'ego Cavilla dołączył Russell Crowe, który w uniwersum Snydera grał Jor-Ela, ojca Kal-Ela. Chociaż jego rola nie została jeszcze potwierdzona, oczekuje się, że Crowe przejmie po Seanie Connerym postać mentora MacLeoda, Juana Sáncheza-Villalobosa Ramíreza.
The Social Network 2 bez Eisenberga?

Wygląda na to, że "The Social Network" doczeka się długo oczekiwanej kontynuacji, ale bez Jessego Eisenberga w roli kontrowersyjnego założyciela Facebooka.
W centrum zainteresowania twórców znaleźli się nowi, wschodzący aktorzy, którzy mieliby zagrać zupełnie nowe postacie. Fabuła sequela skupi się na nowszych i bardziej destrukcyjnych skutkach działania popularnej platformy społecznościowej, w tym - ponoć - na oblężeniu Kapitolu.
Nowi bohaterowie w centrum afery
Portal Deadline donosi, że głównymi kandydatami do ról w "The Social Network Part II" są laureatka Oscara Mikey Madison ("Anora") oraz Jeremy Allen White ("The Bear"). Aaron Sorkin, odpowiedzialny za scenariusz i reżyserię, opiera fabułę na serii artykułów "The Facebook Files", opublikowanych w "The Wall Street Journal" przez Jeffa Horowitza. Jeśli negocjacje zakończą się sukcesem, White wcieli się w postać samego Horowitza. Madison natomiast zagra informatorkę, która stała za przeciekami demaskującymi wątpliwe strategie wewnętrzne Facebooka i brak dbałości firmy o szkodliwy wpływ jej platformy.
Madison, od czasu zdobycia Oscara dla najlepszej aktorki za rolę w filmie "Anora", bardzo starannie dobiera kolejne projekty. Odrzuciła między innymi rolę czarnego charakteru w "Star Wars: Starfighter" Shawna Levy'ego i była brana pod uwagę w reboocie "Resident Evil" Zacha Creggera. Udział w "The Social Network II" dodałby do jej kalendarza projekt z dużym potencjałem nagrodowym. Aktorka ma w planach również filmy "Reptilia" z Kirsten Dunst oraz czarną komedię studia A24 "The Masque of Death". Z kolei Jeremy Allen White przenosi swoją karierę z małego na duży ekran, występując w biografii Bruce'a Springsteena "Deliver Me From Nowhere" oraz w filmie "The Mandalorian and Grogu", gdzie zagra syna Jabby the Hutta.
Co z powrotem Jessego Eisenberga?
Nie jest jasne, czy Jesse Eisenberg powróci jako Mark Zuckerberg w "The Social Network Part II", ale jego niedawne komentarze na temat potentata mediów społecznościowych mogą sugerować, że jest to mało prawdopodobne. Na początku tego roku Eisenberg skrytykował decyzję Facebooka o zastąpieniu niezależnych weryfikatorów faktów mniej wiarygodnymi notatkami społecznościowymi, podobnymi do tych stosowanych na platformie X. Aktor nie tylko potępił to posunięcie, ale także wyznał, że utrudni ono życie bliskiej mu osobie.
Ci ludzie mają miliardy dolarów, więcej pieniędzy, niż jakikolwiek człowiek w historii zgromadził, i co z nimi robią? Używają ich, by przypodobać się komuś, kto głosi nienawiść. Tak o tym myślę... nie jako osoba, która zagrała w filmie. Myślę o tym jako ktoś, kto jest mężem kobiety uczącej w Nowym Jorku o sprawiedliwości dla osób z niepełnosprawnościami, a życie jej studentów stanie się w tym roku odrobinę trudniejsze.
Zapytany o powrót do roli Zuckerberga, aktor nie pozostawił wielkich nadziei. Eisenberg wyraźnie dystansuje się od założyciela Facebooka, postrzegając go jako kogoś, kto nieustannie podejmuje "problematyczne" decyzje, zmieniające świat na gorsze.
To nie tak, że zagrałem świetnego golfistę i teraz ludzie myślą, że nim jestem. Chodzi o faceta, który robi rzeczy problematyczne – rezygnuje z weryfikacji faktów i troski o bezpieczeństwo, sprawiając, że ludzie, którzy już czują się zagrożeni na tym świecie, są zagrożeni jeszcze bardziej.
Zwiastun zapowiada wielki finał sagi Warrenów

Pojawił się oficjalny zwiastun filmu „Obecność: Ostatnie Rytuały” (The Conjuring: Last Rites), a Warner Bros. wraz z producentami Jamesem Wanem i Peterem Safranem zdają się stawiać wszystko na jedną kartę w finałowym rozdziale serii.
Film, który zakończy główny wątek cyklu „Obecność”, ponownie sprowadzi na ekran Eda i Lorraine Warrenów. Słynni badacze zjawisk paranormalnych po raz ostatni zmierzą się z demoniczną siłą. Produkcja trafi do kin 5 września 2025 roku.
Co zdradza zwiastun?
Materiał wideo ukazuje Warrenów walczących z brutalnym duchem, który od lat nawiedza pewną rodzinę. Zgodnie z oczekiwaniami, Lorraine wyczuwa w domu obecność, którą – jak informuje Eda – już kiedyś czuła. Zapowiedź sugeruje, że finałowy rozdział tego popularnego uniwersum horroru będzie obfitował w momenty grozy.
W rolach Eda i Lorraine Warrenów ponownie zobaczymy Patricka Wilsona i Verę Farmigę. Do obsady dołączyli również Mia Tomlinson, Ben Hady, Elliot Cowan, Steve Coulter, Kíla Lord Cassidy, Shannon Kook i Rebecca Calder.
Twórcy i kulisy produkcji
Za kamerą stanął Michael Chaves, który reżyserował już inne filmy z franczyzy, takie jak „Obecność 3: Na rozkaz diabła” oraz „Zakonnicę II”. Chaves jest także twórcą „Topieliska. Klątwy La Llorony” – filmu, który, choć nie jest oficjalnie częścią serii, to jego akcja ma rozgrywać się w tym samym uniwersum.
Scenariusz napisali Ian Goldberg, Richard Naing i David Leslie Johnson-McGoldrick. Fabuła ma koncentrować się na historii nawiedzenia rodziny Smurlów z Pensylwanii, których dom w połowie lat 70. miał być nękany przez poltergeista. Ich przeżycia stały się podstawą książki Roberta Currana pt. „The Haunted”.
Koniec ważnej ery w historii horroru
Mając na koncie siedem dotychczasowych filmów, franczyza „Obecność” jest bezsprzecznie najbardziej dochodową serią horrorów wszech czasów. Łączne przychody w wysokości 2,2 miliarda dolarów pozostawiają w tyle takie uniwersa jak „Obcy”, „Resident Evil” czy „Piła”.
Rok 2025 przyniósł już kilka kasowych horrorów, w tym „Sinners” (ponad 365 milionów dolarów) i „Final Destination: Bloodlines” (zaskakujące 285 milionów dolarów). Biorąc pod uwagę, że za dystrybucję tych tytułów, podobnie jak za „Obecność: Ostatnie Rytuały”, odpowiada Warner Bros., studio z pewnością liczy na kolejne setki milionów zysku.
Liczby to jednak nie wszystko. „Obecność: Ostatnie Rytuały” zapowiada się na godne zwieńczenie podróży, która rozpoczęła się w 2013 roku i wywarła wpływ na widzów na całym świecie. Chociaż poszczególne filmy z uniwersum spotykały się z różnym odbiorem, a niektóre z nich stawiały głównie na proste jump scare’y, trudno zaprzeczyć znaczeniu tej serii. „Obecność” na dobre przywróciła do łask horrory o zjawiskach nadprzyrodzonych, udowadniając, że ten podgatunek zawsze znajdzie sposób, by kogoś przestraszyć.
Forma na lato spóźniona? Te 10 diet na pewno Ci nie pomoże

Początek sierpnia to ten moment, kiedy jedni z dumą prezentują efekty wielomiesięcznych treningów, a inni… cóż, wciąż mają nadzieję.
Jeśli należysz do tej drugiej grupy, to mamy dobrą wiadomość: jeszcze jest szansa! Mamy też złą: na pewno nie uda się jej wykorzystać, inspirując się nawykami żywieniowymi ulubionych bohaterów filmowych. Kino to fantastyczna kopalnia pomysłów, ale akurat w kwestii dietetyki bywa źródłem wybitnie szkodliwych porad. Oto 10 filmowych "diet cud", których zdecydowanie lepiej nie próbować w domu.
Dieta „Jestem Sam w Domu”
Polega na konsumpcji wszystkiego, co wpadnie w ręce ośmiolatka pozostawionego bez opieki. Podstawą jadłospisu Kevina McCallistera są: pizza wyłącznie z serem, makaron z serem z mikrofali, gigantyczne porcje lodów z wszelkimi możliwymi dodatkami i chipsy. Posiłki spożywane są najczęściej w pozycji horyzontalnej, przed telewizorem.
Efekty: nagły zastrzyk energii idealny do konstruowania pułapek na włamywaczy, po którym następuje energetyczny zjazd uniemożliwiający odrobienie lekcji. W pakiecie gwarantowana awersja do warzyw na całe życie i umiejętność negocjowania z dostawcą pizzy na poziomie eksperckim.
Dieta Czterech Głównych Grup Pokarmowych (według elfa)
Buddy z filmu Elf ma bardzo sprecyzowane pojęcie o zbilansowanym odżywianiu. Jego dieta opiera się na czterech filarach: słodyczach, laskach cukrowych, kukurydzy cukrowej i syropie. Jak sam twierdzi, stara się trzymać każdej z tych grup. Kulminacją jest śniadanie składające się ze spaghetti z syropem klonowym i piankami.
Efekty: Permanentny, euforyczny stan podwyższonego nastroju, który otoczenie może mylnie uznać za irytujący. Wskaźnik cukru we krwi osiąga wartości, które wprawiłyby w zakłopotanie nawet laboratoryjny sprzęt.
Skutek uboczny: niekontrolowana chęć przytulania obcych i śpiewania w najmniej odpowiednich momentach.
Dieta „Smakuje jak Big Kahuna Burger"
Bohaterowie filmów Quentina Tarantino często zajadają się fast foodem. Jules Winnfield z Pulp Fiction z namaszczeniem celebruje smak Big Kahuna Burgera, popijając go Spritem. To dieta oparta na jedzeniu z przydrożnych barów, gdzie warzywa są co najwyżej dodatkiem do potężnej porcji mięsa i bułki.
Efekty: Natychmiastowe uczucie ciężkości, które sprawia, że każda próba pościgu za kimkolwiek kończy się zadyszką po trzech krokach. Garderoba zaczyna się tajemniczo kurczyć, a poziom filozoficznych rozmów o frytkach z majonezem rośnie wprost proporcjonalnie do poziomu cholesterolu.
Dieta Na Złamane Serce
Spopularyzowana przez Bridget Jones. Kiedy życie rzuca kłody pod nogi, jedynym ratunkiem wydaje się kubełek lodów, tabliczka czekolady i butelka wina (lub wódki). Posiłki są nieregularne i podyktowane wyłącznie nastrojem.
Efekty: Chwilowe ukojenie duszy, które trwa dokładnie tyle, ile opróżnienie kubełka lodów. Następnego dnia bilans kaloryczny krzyczy głośniej niż wewnętrzny krytyk. Gwarantowany efekt jo-jo, zarówno na wadze, jak i na nastroju, a także nowa umiejętność – śpiewanie "All By Myself" z poruszającym fałszem.
Dieta "Mleko i Alkohol"
Jeff "The Dude" Lebowski z Big Lebowski to człowiek prostych zasad, także żywieniowych. Jego głównym źródłem kalorii wydaje się być koktajl White Russian, czyli mieszanka wódki, likieru kawowego i śmietanki. Czasem dla równowagi sięgnie po karton śmietanki prosto z lodówki.
Efekty: Osiągnięcie legendarnego poziomu wyluzowania, który pozwala ignorować dywan zniszczony przez nihilistów. Ten stan zen jest opłacony permanentnym uczuciem ospałości i rosnącym rachunkiem w sklepie monopolowym. Szlafrok staje się jedynym akceptowalnym strojem.
Dieta Marsjańskiego Ogrodnika
Mark Watney w filmie Marsjanin musiał wykazać się kreatywnością. Jego dieta przez setki dni składała się wyłącznie z ziemniaków, które sam wyhodował na marsjańskiej glebie. Od czasu do czasu dla smaku dodawał pokruszony Vicodin.
Efekty: Po trzech tygodniach każdy ziemniak zaczyna wyglądać jak twarz wroga. Rozmowy z samym sobą stają się normą, a marzenia o keczupie osiągają rangę religijnej wizji. Zaskakująca biegłość w botanice i inżynierii kosmicznej staje się jedynym pocieszeniem.
Dieta "Ostatni Posiłek w Horrorze"
Bohaterowie slasherów mają pewną zgubną tendencję: uwielbiają jeść tuż przed atakiem mordercy. Najczęściej jest to popcorn (jak w Krzyku), kanapki albo pizza. Posiłek niemal zawsze zostaje przerwany przez dziwny dźwięk lub telefon od nieznajomego.
Efekty: Znaczne obniżenie zdolności do ucieczki z powodu nagłego ataku niestrawności. Chrupanie popcornu skutecznie zagłusza kroki skradającego się mordercy. Zaskakujący plus – plama z ketchupu na ubraniu może sprawić, że morderca na chwilę zawaha się, czy już Cię nie zabił, a Ty zyskasz czas na ucieczkę (uwaga: działa tylko w grupach).
Dieta Wyobraźni
Zagubieni Chłopcy z filmu Hook Stevena Spielberga udowodnili, że do jedzenia wystarczy odrobina fantazji. Pusta zastawa stołowa w magiczny sposób zapełnia się kolorowymi, apetycznymi potrawami, które istnieją tylko w głowach biesiadników.
Efekty: Spektakularnie szybka utrata wagi, prowadząca wprost do stanu, w którym można się schować za latarnią. Wyostrzona wyobraźnia, która pozwala prowadzić fascynujące dyskusje z jedzeniem, które nie istnieje. Niestety, energia do walki na szpady spada do zera.
Dieta Wykwintnego Smakosza
Dr Hannibal Lecter to postać o nienagannych manierach i wysublimowanym guście. Jego menu jest starannie dobrane i elegancko podane. Podstawą są... cóż, ludzkie organy. Słynne połączenie wątróbki z fasolką i doskonałym Chianti przeszło do historii kina.
Efekty: Wyjątkowo wyrafinowane podniebienie i imponująca wiedza na temat win, które pasują do... nietypowych potraw. Krąg znajomych zaczyna się jednak w tajemniczy sposób kurczyć. Zaproszenia na kolację są coraz częściej odrzucane z niejasnych powodów.
Dieta Kierowcy
Bezimienny kierowca z filmu Drive to człowiek małomówny, a jego dieta jest równie oszczędna. Przez większość czasu widzimy go z wykałaczką w ustach. Czasem pozwoli sobie na kawę.
Efekty: Aura tajemniczości i niedostępności, która robi wrażenie na otoczeniu. Oddech o stałym aromacie kawy i drewna. Niestety, drżenie rąk od nadmiaru kofeiny może utrudniać precyzyjne prowadzenie samochodu, a burczenie w brzuchu skutecznie psuje wizerunek twardziela.
Kino rządzi się swoimi prawami, a jedzenie na ekranie pełni funkcję symboliczną – buduje postać, rozładowuje napięcie lub staje się ikonicznym elementem sceny. Lepiej więc zostawić te kulinarne eksperymenty w sferze fikcji.
