Noworoczny survival: instrukcja obsługi pilota, gdy światło za głośno świeci

Pierwszy stycznia to w kalendarzu kinomana data szczególna. To dzień, w którym ambicje obejrzenia siedmiogodzinnego dramatu o egzystencjalnej pustce ustępują miejsca potrzebie oglądania czegokolwiek, co nie wymaga procesów myślowych i nie zawiera głośnych wybuchów. Jak przetrwać ten czas, inspirując się postaciami z ekranu? Oto krótki przewodnik.

Etap 1: Wielki Gatsby w wersji domowej

Większość z nas wchodzi w Nowy Rok z gracją Leonardo DiCaprio wznoszącego toast, by obudzić się rano w kondycji Toma Hanksa wyrzuconego na brzeg w „Cast Away – Poza światem”. Pierwszą zasadą przetrwania jest akceptacja. Jeśli lodówka świeci pustkami, a jedynym dostępnym prowiantem są resztki sałatki jarzynowej, warto przyjąć postawę twardziela z kina akcji. W końcu John Wick przeżył gorsze rzeczy, mając do dyspozycji jedynie ołówek.

Etap 2: Casting na idealny film „do poduszki”

Wybór repertuaru na 1 stycznia to wyższa szkoła jazdy. Odradza się produkcje Christophera Nolana – próba zrozumienia inwersji czasu przy pulsującym skroniowym bólu może skończyć się trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Najlepiej sprawdzają się filmy, które znamy na pamięć.

Idealnym wyborem są komedie romantyczne z lat 90. lub maraton „Harry’ego Pottera”. Dlaczego? Bo nawet jeśli zaśniemy w połowie, podświadomość i tak dopowie nam resztę fabuły, a kojący głos narratora zadziała lepiej niż niejedna tabletka musująca.

Etap 3: Filmowe postanowienia, które przeżyją do jutra

Nowy Rok to tradycyjny czas składania obietnic. Jako fani kina możemy obiecać sobie wiele: „W tym roku obejrzę całą filmografię Bergmana”, „Przestanę czytać spoilery przed premierą”, „Będę rzadziej wybierać filmy na podstawie oceny na IMDb”.

Prawda jest jednak taka, że większość tych postanowień kończy się dokładnie tak, jak plany czarnych charakterów w filmach o Bondzie – spektakularną katastrofą jeszcze przed końcem pierwszego aktu. I to jest w porządku. Dzień po Sylwestrze to czas na bycie Bridget Jones, a nie ambitnym reżyserem walczącym o Złotą Palmę.

Etap 4: Powrót do rzeczywistości (w zwolnionym tempie)

Kiedy słońce zaczyna zachodzić, a poziom optymizmu delikatnie wzrasta, można spróbować przejść do nieco trudniejszych treści. Może jakiś lekki kryminał, w którym morderca jest znany od 15. minuty? Albo kolejny odcinek serialu dokumentalnego o życiu pingwinów? Ważne, by nie wykonywać gwałtownych ruchów i pamiętać, że od 2 stycznia znów będziemy profesjonalnymi krytykami z ambicjami. Dzisiaj jesteśmy po prostu widzami w dresach.


Powrót do przeszłości: Jak streaming w 2025 roku stał się własną babcią

Źr.: Unsplash.com

Kto by pomyślał, że u progu 2026 roku szczytem technologicznej nowoczesności okaże się... czekanie tydzień na kolejny odcinek serialu i oglądanie reklam proszku do prania? Wielka rewolucja streamingowa zatoczyła pełne koło.

Po latach walki z „tradycyjną telewizją”, platformy VOD uznały najwyraźniej, że stara szkoła układania ramówki miała jednak sporo sensu.

Czwartek to nowa sobota, czyli koniec z maratonami

Czasy, w których całe sezony seriali lądowały w sieci w jeden wieczór, odeszły do lamusa wraz z premierami pierwszych sezonów „Stranger Things”. W 2025 roku powrót do dawkowania emocji stał się faktem. Widzowie, zamiast zarywać nocki, by w osiem godzin pochłonąć nową produkcję, znów muszą trenować cierpliwość.

Platformy odkryły prostą prawdę: serial, o którym mówi się przez dwa miesiące, sprzedaje się lepiej niż ten, o którym zapomina się po jednym weekendzie. Efekt? Powrót do „rytuałów”. Czwartek znów stał się dniem, w którym nie wchodzi się do mediów społecznościowych przed obejrzeniem nowego odcinka, by uniknąć spoilerów. Zupełnie jak w latach 90., tylko w wyższej rozdzielczości.

Majonez w środku dramatu, czyli triumf reklam

Jeszcze niedawno dopłacanie za brak reklam było powodem do dumy. Dziś, w dobie wszechobecnych abonamentów, oglądanie minutowego bloku promocyjnego w połowie mrożącego krew w żyłach thrillera przestało kogokolwiek dziwić. Tanie pakiety z reklamami podbiły rynek w 2025 roku, udowadniając, że polski widz jest w stanie wybaczyć wiele, o ile cena subskrypcji nie przypomina raty za kawalerkę.

To ironiczny moment dla branży: streaming, który miał nas uwolnić od przerywania filmów na „słowo od sponsora”, sam stał się największym słupem ogłoszeniowym. Różnica jest tylko taka, że teraz algorytm wie, że po obejrzeniu czwartego odcinka serialu kulinarnego prawdopodobnie zgłodniejemy, więc zaserwuje nam reklamę pizzy z dostawą pod drzwi.

Sport narodowy: archeologia menu

Najpopularniejszą dyscypliną sportową w 2025 roku nie jest piłka nożna, lecz „scrollowanie menu”. Zjawisko paraliżu decyzyjnego osiągnęło poziom krytyczny. Przy dziesięciu aktywnych aplikacjach, wybór filmu na wieczór trwa zazwyczaj dłużej niż sam seans.

Biblioteki stały się tak ogromne, że platformy zaczęły wprowadzać funkcję „Zagraj cokolwiek”, która w praktyce jest po prostu cyfrową wersją przypadkowego przełączania kanałów w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoli zasnąć. Okazuje się, że wolność wyboru przytłacza bardziej niż jej brak.

Co dalej? Powrót telegazety?

Patrząc na kierunek, w którym zmierza streaming, można odnieść wrażenie, że jedyną rzeczą, której brakuje do pełnego powrotu do przeszłości, jest stała godzina emisji wieczorynki. Rok 2025 pokazał, że choć technologia galopuje, nasze przyzwyczajenia są zaskakująco konserwatywne. Chcemy płacić mniej, chcemy mieć co omawiać przy ekspresie do kawy i – o dziwo – polubiliśmy to czekanie na kolejny odcinek.


Kinowe hity 2025 roku. Oto 9 produkcji, które zdominowały światowy Box Office

Rok 2025 przyniósł kinomanom wyczekiwaną stabilizację i kilka gigantycznych widowisk, które na nowo zdefiniowały pojęcie blockbustera. Od powrotu na Pandorę, przez nowe otwarcie w świecie DC, aż po zaskakujące adaptacje gier wideo. Sale kinowe pękały w szwach, a wyniki finansowe i oceny na portalach takich jak IMDb czy Rotten Tomatoes pokazują jednoznacznie: kino ma się świetnie.

Mijające dwanaście miesięcy to mieszanka nostalgii z odważnym patrzeniem w przyszłość. Przeanalizowaliśmy Box Office oraz średnie ocen widzów i krytyków i ta dziewiątka to najbardziej udane premiery mijającego roku.

1. Avatar: Fire and Ash (Avatar: Ogień i Popiół)

James Cameron po raz kolejny udowodnił, że nie należy grać przeciwko niemu. Trzecia część sagi o mieszkańcach Pandory wprowadziła „Ludzi Popiołu”, oferując mroczniejszą, bardziej skomplikowaną moralnie narrację.

Wizualnie film to majstersztyk, co zgodnie potwierdzają recenzenci na Rotten Tomatoes (wynik 94% pozytywnych opinii). Widzowie docenili nie tylko technologię, ale i głębię fabularną, której momentami brakowało poprzednikowi. To bezapelacyjny król Box Office’u tego roku, przekraczający barierę 2 miliardów dolarów.

2. Superman

Wielki test dla Jamesa Gunna i Petera Safrana. Restart uniwersum DC (DCU) wisiał na włosku, ale „Superman” z Davidem Corenswetem w roli głównej okazał się strzałem w dziesiątkę. Film porzucił mroczny ton na rzecz optymizmu, klasycznego heroizmu i ciepła, którego brakowało tej postaci od lat.

Na Filmwebie produkcja utrzymuje się w ścisłej czołówce roku, a krytycy chwalą chemię między Clarkiem Kentem a Lois Lane (Rachel Brosnahan). To dowód na to, że wciąż jest miejsce na klasycznych superbohaterów, jeśli tylko scenariusz ma serce.

3. Minecraft

Najbardziej kontrowersyjna premiera roku, która ostatecznie zamieniła się w finansowy triumf. Choć pierwsze zwiastuny spotkały się z chłodnym przyjęciem w mediach społecznościowych, gotowy produkt obronił się humorem i kreatywnością.

Jason Momoa i Jack Black stworzyli duet, który przyciągnął do kin całe rodziny. Wyniki finansowe są zbliżone do sukcesu „Super Mario Bros.” sprzed dwóch lat. Film podzielił krytyków, ale widownia dziecięca i nastoletnia wystawiła mu najwyższe noty, co widać po entuzjastycznych wpisach na platformie X.

4. Fantastyczna Czwórka: Pierwsze kroki (The Fantastic Four: First Steps)

Marvel Studios potrzebowało hitu i go dostało. Osadzenie akcji w retro-futurystycznych latach 60. okazało się kluczem do sukcesu. Pedro Pascal jako Reed Richards nadał postaci odpowiednią charyzmę, a stylistyka filmu wyróżnia go na tle innych produkcji MCU.

To powiew świeżości w nieco skostniałym gatunku. Film zebrał świetne recenzje za warstwę wizualną i humor, unikając typowych dla serii problemów z trzecim aktem. Box Office pokazał, że Pierwsza Rodzina Marvela w końcu trafiła w dobre ręce.

5. Zwierzogród 2 (Zootopia 2)

Pewniak od Disneya. Kontynuacja przygód Judy Hopps i Nicka Wilde’a to animacja, która działa na dwóch poziomach: jako kolorowa rozrywka dla dzieci i sprytny komentarz społeczny dla dorosłych.

Nowe lokacje, nowi bohaterowie (i powrót leniwców!) sprawiły, że film zanotował jedno z najlepszych otwarć w historii filmów animowanych. IMDb pęka od ocen 9/10, a widzowie doceniają rozwój relacji między głównymi bohaterami.

6. Mission: Impossible – The Final Reckoning

Czy to definitywne pożegnanie Toma Cruise’a z rolą Ethana Hunta? Tego do końca nie wiadomo, ale jeśli tak, to jest to pożegnanie w wielkim stylu. Część ósma naprawiła narracyjne potknięcia „Dead Reckoning”, oferując zwarte, napakowane akcją widowisko.

Sceny kaskaderskie ponownie zapierają dech w piersiach, a praktyczne efekty specjalne stawiają ten film o klasę wyżej niż konkurencja oparta na CGI. Solidny wynik finansowy i uznanie krytyków za „rzemieślniczą perfekcję”.

7. Jurassic World: Rebirth

Dinozaury nigdy się nie nudzą. Nowa odsłona z Garethem Edwardsem za sterami i Scarlett Johansson w obsadzie przyniosła serii potrzebną zmianę tonu. Jest mroczniej, bardziej klaustrofobicznie i bliżej korzeni z 1993 roku.

Choć niektórzy narzekali na proste schematy fabularne, magia wielkiego ekranu zadziałała. „Rebirth” to jeden z tych filmów, które trzeba zobaczyć w formacie IMAX, co przełożyło się na znakomite wyniki sprzedaży biletów w formacie premium.

8. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat (Brave New World)

Anthony Mackie jako Sam Wilson w końcu dostał swoje solowe 5 minut na dużym ekranie, ale to Harrison Ford jako Red Hulk skradł show. Film, utrzymany w konwencji thrillera politycznego (w stylu „Zimowego Żołnierza”), przywrócił wiarę w bardziej przyziemne historie Marvela.

Sceny akcji są surowe, a intryga trzyma w napięciu. Wynik Box Office’u jest solidny, choć nieco niższy niż w przypadku „Fantastycznej Czwórki”, to wciąż jeden z najważniejszych filarów tegorocznego repertuaru.

9. 28 Lat Później (28 Years Later)

Zaskoczenie na koniec listy. Danny Boyle i Alex Garland powrócili do świata, który stworzyli dekady temu, i zaserwowali horror, który zmroził krew w żyłach. Cillian Murphy ponownie na ekranie, a atmosfera zagrożenia gęsta jak nigdy.

To dowód na to, że kino gatunkowe, nawet z kategorią R, może osiągnąć komercyjny sukces. Film zebrał entuzjastyczne recenzje za klimat i zdjęcia (kręcone częściowo iPhone'ami najnowszej generacji, co stało się ciekawostką technologiczną), stając się najbardziej dochodowym horrorem roku.


Ogień trawi box office. Czy „Avatar: Fire and Ash” przełamie klątwę „trzecich części”?

Za oknem mróz, słupki rtęci spadają poniżej zera, a my szukamy sposobu na rozgrzanie się. Wygląda na to, że wizyta w kinie może okazać się wyjątkowo trafnym pomysłem, szczególnie na tak płomienny tytuł.

James Cameron nie bez powodu kazał czekać na kolejną wizytę na Pandorze aż trzy lata. Zamiast kojącego błękitu oceanu, z ekranu bucha żar, a tytułowy popiół niemal dusi widza w fotelu. „Avatar: Fire and Ash” dominuje w świątecznym repertuarze, ale czy trzecia część sagi to coś więcej niż tylko techniczny fajerwerk?

Tradycją stało się już wieszczenie porażki każdemu kolejnemu projektowi Camerona. Analitycy rynku i internetowi komentatorzy przed premierą zastanawiali się, czy widzowie nie są już zmęczeni trójwymiarowymi okularami i czy historia rodziny Sullych ma jeszcze jakikolwiek potencjał. Pierwszy tydzień wyświetlania „Fire and Ash” wyglądał świetnie - sale kinowe pękały w szwach, a zdobycie biletu na seans w formacie IMAX w okresie międzyświątecznym graniczy z cudem. Mimo to F&A jest - jak na razie -  najniżej ocenianym filmem franczyzy.

Koniec z czarno-białym podziałem

Największą nowością, którą przynosi „trójka”, jest zmiana wektora konfliktu. Do tej pory sprawa była prosta: Na’vi uosabiali harmonię z naturą i dobro, a ludzie („Ludzie Nieba”) byli chciwymi najeźdźcami. Wprowadzenie „Ludu Popiołu” (Ash People) wywraca ten porządek.

Nowy klan Na’vi, żyjący w wulkanicznych, surowych regionach Pandory, to nie szlachetni osobnicy, do których przyzwyczaiły nas poprzednie części. Są agresywni, ekspansywni i – co najważniejsze – nie zawsze stoją po "właściwej" stronie historii. To odświeżający zabieg. Oglądanie konfliktu wewnątrzgatunkowego dodaje fabule potrzebnego ciężaru. Oona Chaplin w roli przywódczyni Varang kradnie każdą scenę, w której się pojawia, wprowadzając do serii poziom bezwzględności, jakiego brakowało nawet czarnym charakterom z Ziemi.

Estetyka zniszczenia

Wizualnie film robi ogromne wrażenie, choć jest to wrażenie zupełnie inne niż przy „Istocie wody”. Tamten film był wirtualnym spa dla oczu – płynnym, relaksującym, pełnym błękitów i zieleni. „Fire and Ash” jest brudny, ciemny i klaustrofobiczny.

Technologia renderowania ognia, dymu i unoszącego się w powietrzu popiołu stoi na nieosiągalnym dla konkurencji poziomie. Czuć temperaturę bijącą z ekranu. Warto jednak zauważyć, że ta zmiana palety barw może być dla części widzów męcząca. Ponad trzy godziny w otoczeniu czerwieni, czerni i szarości to wyzwanie percepcyjne. Cameron nie bierze jeńców – Pandora w tej odsłonie jest miejscem wrogim i niebezpiecznym.

Pomost czy fundament?

Częstym problemem środkowych części w zaplanowanych pentalogiach jest syndrom „wypełniacza”. Filmy te często nie mają własnego zakończenia, służąc jedynie jako przydługi wstęp do finału. „Avatar: Fire and Ash” broni się jednak jako autonomiczne dzieło. Choć wątki naturalnie pozostają otwarte na potrzeby zapowiedzianej „czwórki” i „piątki”, struktura filmu oferuje satysfakcjonującą kulminację.

To kino eventowe w najczystszej postaci. Można narzekać na proste dialogi czy pewną przewidywalność niektórych wątków rodzinnych Jake’a Sully’ego, ale trudno odmówić tej produkcji rozmachu. Jeśli macie dość świątecznych powtórek w telewizji i szukacie filmowego uderzenia, wyprawa do wulkanicznych regionów Pandory będzie najlepszym wyborem na ten tydzień.


Masz już dość Labubu w social mediach? To zobaczysz je w kinie

Źr.: Unsplash.com

Jeśli myśleliście, że szał na kolorowe stworki z wystającymi kłami to tylko chwilowa moda z TikToka, Hollywood ma dla Was złe wieści. Labubu oficjalnie zmierza na wielki ekran. Co ciekawe, za kamerą stanie Paul King – człowiek, który dał nam „Paddingtona”. Czy to oznacza, że kinowa apokalipsa będzie przynajmniej ładnie wyglądać?

Wydawało się, że Labubu trafiły już wszędzie - na breloczki, plecaki, makijaż, cosplay i relacje influencerów. Teraz jednak ekspansja wchodzi w fazę ostateczną. Sony Pictures uznało, że skoro ludzie biją się o figurki w ciemno, to z pewnością zapłacą też za bilet do kina. I żeby nikt nie miał wątpliwości, że to poważna sprawa – do projektu zatrudniono jednego z najlepszych reżyserów kina familijnego ostatnich lat.

Paul King wchodzi do gry (i chyba wie, co robi)

To informacja, która każe przetrzeć oczy ze zdumienia. Paul King, reżyser odpowiedzialny za dwie fenomenalne części „Paddingtona” (tak, tego z 100% na Rotten Tomatoes) oraz kasowego „Wonkę”, zgodził się nakręcić film o zabawkach.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Pubity (@pubity)

Można by pomyśleć, że po sukcesie filmu z Chalametem, który zarobił ponad 600 milionów dolarów, King może przebierać w scenariuszach. Wybrał jednak Labubu. Czy to desperacja Hollywood w poszukiwaniu jakiegokolwiek IP, czy może King dostrzegł w tych złośliwych potworkach potencjał na miarę misia w czerwonym kapeluszu? Na ten moment reżyser objął stery projektu i zajmie się też produkcją. Biorąc pod uwagę jego dorobek, istnieje cień szansy, że ten film nie będzie tylko dwugodzinną reklamą zabawek. Choć pewnie będzie.

Wszystko przez Lisę z Blackpink

Labubu to dzieło Kasinga Lunga, które przez lata funkcjonowało w niszowym świecie art toys. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy Lisa z zespołu Blackpink pokazała się z jedną z figurek.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by LISA (@lalalalisa_m)

Internet oszalał, a mechanizm „blind box” (kupujesz pudełko i nie wiesz, który wzór jest w środku) dopełnił dzieła zniszczenia portfeli kolekcjonerów. Mamy więc klasyczny scenariusz współczesnego kina: viralowy trend plus marketingowa machina. Sony liczy na to, że fani, którzy potrafią stać w kilometrowych kolejkach po kawałek plastiku, równie chętnie ruszą do multipleksów.

Poszukiwany: ktoś, kto napisze do tego fabułę

Jest reżyser, jest studio, są miliony sprzedanych zabawek. Czego brakuje? Scenariusza. Sony wciąż szuka śmiałka, który wymyśli sensowną historię dla postaci, których główną cechą jest to, że wyglądają na wredne i słodkie jednocześnie.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by POP MART North America (@popmart_us)

Zadanie nie jest proste – trzeba przenieść na ekran „psotny i zuchwały klimat” potworów, nie zamieniając tego w niestrawny chaos. Jeśli jednak Paul King zdołał sprawić, że cały świat pokochał misia uzależnionego od marmolady, być może uda mu się nadać choć odrobinę sensu fenomenowi Labubu.


Czy "Disclosure Day" to najważniejsza premiera 2026 roku?

Źr.: Unsplash.com

Steven Spielberg nie potrzebuje przedstawiania, ale jego powrót do science-fiction zawsze elektryzuje. Po "Fabelmanach" i eksperymentach z innymi gatunkami, reżyser wraca do tematyki, która zdefiniowała jego karierę. Do sieci trafił właśnie pierwszy, niezwykle klimatyczny zwiastun produkcji "Disclosure Day" (wcześniej znanej jako "The Dish").

Zapowiedź sugeruje, że tym razem nie będzie to ciepła opowieść w stylu "E.T.", a raczej mroczny thriller o globalnym zasięgu, nawiązujący do "Bliskich spotkań trzeciego stopnia" i "Wojny światów".

Prawda, która przeraża

Materiał otwiera się sugestywnym pytaniem: "Gdybyś dowiedział się, że nie jesteśmy sami... czy to by cię przeraziło?". Zwiastun buduje napięcie nie poprzez eksplozje, a gęstą atmosferę niepewności. Widzimy Emily Blunt w nietypowej dla niej roli prezenterki pogody, której rutynowa prognoza zostaje przerwana przez niewyjaśnione zjawiska.

Kluczowym motywem wydaje się być tytułowe "Ujawnienie" (Disclosure). Fraza "Ludzie mają prawo znać prawdę", padająca w zapowiedzi, sugeruje, że fabuła skupi się nie tylko na samej inwazji, ale na momencie, w którym ludzkość dowiaduje się o istnieniu obcych cywilizacji. Film stawia pytanie: co by było, gdyby dowód na istnienie Obcych został przedstawiony całemu światu jednocześnie?.

Gwiazdorska obsada w obliczu inwazji

"Disclosure Day" przyciąga nie tylko nazwiskiem reżysera, ale i imponującą obsadą. Oprócz wspomnianej Emily Blunt, na ekranie zobaczymy Josha O’Connora ("The Crown", "Challengers"), który wciela się w postać zdeterminowaną, by odkryć prawdę. W obsadzie znaleźli się również laureat Oscara Colin Firth, a także Colman Domingo, Eve Hewson i Wyatt Russell.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Disclosure Day (@disclosureday)

Warto zwrócić uwagę na twórców stojących za kamerą. Scenariusz do filmu napisał David Koepp. To nazwisko powinno ucieszyć fanów gatunku – Koepp współpracował już ze Spielbergiem przy "Parku Jurajskim" i "Wojnie światów". Ich ponowna kooperacja zwiastuje kino oparte na solidnym tekście i doskonałym tempie narracji.

Premiera filmu w USA zaplanowana jest na 12 czerwca 2026 roku. Biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia i nazwiska twórców, "Disclosure Day" wyrasta na jednego z najważniejszych kandydatów do tytułu blockbustera roku.


Macaulay Culkin ma zaskakujący pomysł na sequel "Kevina samego w domu"

W tym roku mija 35 lat od premiery filmu, bez którego trudno wyobrazić sobie okres świąteczny. Z okazji jubileuszu "Kevina samego w domu" reżyser Chris Columbus oraz odtwórca głównej roli, Macaulay Culkin, spotkali się podczas specjalnego panelu w Academy Museum. Rozmowa zeszła na temat wątpliwej jakości kontynuacji serii oraz szalonej wizji na ewentualny powrót Kevina McCallistera.

Choć "Kevin sam w domu" oraz jego bezpośrednia kontynuacja ("Kevin sam w Nowym Jorku") to pozycje kultowe, marka przez lata była eksploatowana w sposób, który nie przysporzył jej nowych fanów. Twórcy oryginału są tego w pełni świadomi i mają konkretne przemyślenia na temat tego, jak (i czy w ogóle) można by to naprawić.

Reżyser nie gryzie się w język: co poszło nie tak?

Chris Columbus podczas sesji pytań i odpowiedzi odniósł się do spadku jakości serii, który nastąpił po drugiej części. Reżyser, który nie był zaangażowany w produkcję kolejnych odsłon, wyraził swoją opinię w bardzo bezpośredni sposób. Według relacji The Hollywood Reporter, twórca stwierdził wprost, że seria została "zniszczona" przez nieudane sequele.

Wracano do tego tematu z naprawdę kiepskimi kontynuacjami. Przepraszam, jeśli kogoś obrażam, ale kompletnie to zepsuli. Zaczęło się od 'Kevina samego w domu 3', a potem było już tylko gorzej. Trzecia część jest w zasadzie najlepszą z tej grupy złych filmów – skomentował Columbus.

Warto przypomnieć, że ani Columbus, ani Culkin, ani nawet legendarny kompozytor John Williams nie powrócili przy okazji trzeciej części. Jedynym ogniwem łączącym "trójkę" z oryginałem był scenariusz Johna Hughesa, co jednak nie uchroniło produkcji przed chłodnym przyjęciem.

Kevin McCallister jako... czarny charakter?

Najciekawszym punktem rozmowy okazał się moment, w którym Macaulay Culkin podzielił się swoim pomysłem na ewentualny "legacy sequel", czyli kontynuację nawiązującą bezpośrednio do oryginału po latach. Aktor zaproponował odwrócenie ról, które brzmi tyleż intrygująco, co mrocznie.

W koncepcji Culkina dorosły już Kevin nie jest ofiarą, lecz agresorem. Fabuła miałaby skupiać się na jego synu – bystrym dzieciaku, który musi bronić domu właśnie przed własnym ojcem. To podejście całkowicie zmieniałoby tonację filmu, przesuwając go z kina familijnego w stronę komediodramatu lub nawet lekkiego thrillera psychologicznego. Choć pomysł wydaje się ryzykowny, z pewnością stanowiłby powiew świeżości w skostniałym formacie "dziecko kontra złodzieje".

Czy powrót "Mokrych Bandytów" jest możliwy?

Podczas gdy Culkin snuje wizje fabularne, Chris Columbus sprowadza dyskusję na ziemię, oceniając szanse na zebranie oryginalnej obsady. Wielu fanów marzy o ponownym zobaczeniu duetu włamywaczy – Harry'ego i Marva. Reżyser jest jednak sceptyczny co do udziału Joe Pesciego i Daniela Sterna.

Columbus zauważył, że magia pierwszych dwóch części opierała się w dużej mierze na chemii konkretnej obsady w konkretnym wieku i czasie. Próba odtworzenia tego po trzech dekadach może być skazana na porażkę. Reżyser przyznał, że nie widział Daniela Sterna od 1992 roku, a Joe Pesci, znany ze swojego wybiórczego podejścia do ról, prawdopodobnie nie byłby zainteresowany powrotem do slapstickowej komedii.

Mimo że pomysł na "dorosłego Kevina" brzmi intrygująco, wszystko wskazuje na to, że najlepszym sposobem na cieszenie się tą historią pozostaje coroczny seans dwóch pierwszych części.


Avengers: Doomsday z nietypową strategią. Nowe zapowiedzi tylko przed seansem Avatara?

Źr.: Unsplash.com

Marvel Studios szykuje coś specjalnego dla widzów wybierających się do kin na trzecią część „Avatara”. Zamiast standardowej emisji jednego zwiastuna, strategia promocyjna nadchodzących „Avengers” zakłada znacznie bardziej zróżnicowane podejście.

Najwięksi gracze w branży doskonale wiedzą, jak budować napięcie. Z doniesień The Hollywood Reporter wynika, że Marvel Studios planuje wykorzystać premierę filmu Jamesa Camerona jako platformę startową dla kampanii promocyjnej Avengers: Doomsday. Nie chodzi jednak o zwykłe doklejenie trailera przed seansem.

Cztery wersje jednej zapowiedzi

Według nieoficjalnych informacji (Marvel Studios odmówiło komentarza w tej sprawie), widzowie w kinach otrzymają nie jeden, a serię różnych teaserów. Plan zakłada cotygodniową rotację materiałów promocyjnych dołączonych do kopii Avatar: Fire and Ash.

Oznacza to, że wybierając się do kina w pierwszym tygodniu wyświetlania, zobaczymy inny zestaw scen niż podczas seansu w kolejnych tygodniach. To sprytny ruch, który może skłonić najbardziej zagorzałych fanów MCU do wielokrotnych wizyt w kinie, tylko po to, by wyłapać nowe ujęcia z powrotu Roberta Downeya Jr. do uniwersum.

Wyścig z internetem

W dobie mediów społecznościowych studia filmowe zazwyczaj natychmiast publikują zwiastuny w sieci w wysokiej jakości, aby uprzedzić wycieki nagrań z sali kinowej robionych telefonem. W tym przypadku sytuacja jest ciekawa. Nie wiadomo jeszcze, czy alternatywne wersje teaserów będą trafiać na YouTube w tym samym momencie, w którym debiutują na wielkim ekranie, czy też studio przetrzyma je jako ekskluzywny dodatek kinowy.

Biorąc pod uwagę ogromne zainteresowanie Doomsday, fani prawdopodobnie zadowoliliby się nawet krótkimi, 30-sekundowymi zlepkami nowych ujęć. Pierwszy przedsmak tego, co nas czeka, dostaliśmy latem w scenie po napisach The Fantastic Four: First Steps, gdzie Franklin Richards stanął twarzą w twarz z Doktorem Doomem (choć widzieliśmy go wtedy jedynie od tyłu).

 

View this post on Instagram

 

A post shared by mr marveloic (@mr.marveloic)

Stawka większa niż tylko box office

Niezależnie od wyników finansowych Avengers: Doomsday, kinowe uniwersum Marvela nigdzie się nie wybiera – to wciąż zbyt dochodowa maszyna. Jednak nadchodząca produkcja będzie kluczowa dla kierunku, w jakim podąży franczyza.

Od czasu Endgame Marvel wypuścił ponad dwa tuziny produkcji, mierząc się z różnym odbiorem, strajkami scenarzystów i koniecznością przebudowy wielu projektów. Powrót braci Russo na stołek reżyserski oraz angaż Downeya Jr. jako nowego wcielenia Victora Von Dooma to wyraźny sygnał, że studio chce odzyskać zaufanie dawnych fanów. Jeśli Doomsday odniesie sukces, Marvel utrzyma obecny kurs. Jeśli powinie mu się noga, możemy spodziewać się kolejnych gruntownych przetasowań w planach studia.


Świąteczne odgrzewane kotlety - 5 sequeli, o których wolelibyśmy zapomnieć

Zdjęcie: Unsplash.com

O ile świąteczny bigos czy sernik często smakują najlepiej dopiero trzeciego dnia, o tyle w kinematografii ta kulinarna zasada rzadko się sprawdza. Kiedy producenci decydują się na „odgrzewanie” kultowych hitów po latach, efekt końcowy częściej wywołuje niestrawność niż nostalgiczną radość.

Hollywood kocha sequele, a okres świąteczny sprzyja sentymentalnym powrotom. Niestety historia kina zna przypadki, w których próba podpięcia się pod sukces genialnych pierwowzorów kończyła się artystyczną (a czasem i finansową) katastrofą. Zamiast magii świąt, widzowie otrzymują często produkt, który z oryginałem dzieli tylko tytuł.

Oto zestawienie 5 filmowych kontynuacji, które udowadniają, że pewne historie lepiej zostawić w spokoju.

Kevin sam w domu 4 (Home Alone 4: Taking Back the House, 2002)

Dla wielu fanów serii istnienie tej części jest sporym zaskoczeniem – i to niestety niemiłym. O ile trzecia część cyklu („Aleks sam w domu”) wprowadziła nowego bohatera, co było względnie uczciwym podejściem, o tyle „czwórka” popełniła błąd niewybaczalny. Twórcy postanowili przywrócić postać Kevina McCallistera, ale w tę ikoniczną rolę wcielił się zupełnie inny, młodszy aktor (Mike Weinberg).

Brak Macaulaya Culkina to jednak tylko jeden z rozlicznych problemów trawiących tę kuriozalną produkcję. Fabuła burzy kanon: rodzice Kevina się rozwodzą, a ojciec zamieszkuje w nowoczesnej posiadłości swojej nowej partnerki. Zamiast znanego z dwóch pierwszych części ciepła rodzinnego domu otrzymujemy sterylne wnętrza i antagonistów, którzy bardziej irytują, niż bawią. To pozycja, którą większość widzów woli wyprzeć z pamięci.

W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju 2 (Christmas Vacation 2, 2003)

Pierwsza część przygód rodziny Griswoldów z Chevym Chase’em to absolutny kanon świątecznego kina. Co więc poszło nie tak w kontynuacji? Zasadniczo wszystko, zaczynając od braku samych Griswoldów. Głównym bohaterem uczyniono tutaj kuzyna Eddiego (Randy Quaid).

Postać, która w oryginale była genialnym uzupełnieniem, w roli głównej staje się zwyczajnie męcząca. Co więcej, akcja filmu została przeniesiona na bezludną wyspę, co kompletnie zniszczyło znany z oryginału zimowy, świąteczny klimat. Zamiast śniegu i choinki mamy piasek i gagi niskich lotów.

Świąteczna gorączka 2 (Jingle All The Way 2, 2014)

„Świąteczna gorączka 2” z 2014 roku to tzw. stand-alone sequel – formalnie kontynuacja marki, ale bez powrotu bohaterów z oryginału. Zamiast Arnolda Schwarzeneggera dostajemy zupełnie nową historię z postacią, której nie było w pierwowzorze. Schemat fabularny pozostaje ten sam – zdesperowany ojciec robi wszystko, by zdobyć wymarzoną zabawkę dla córki.

Niestety wykonanie przypomina niskobudżetowe produkcje telewizyjne. Brakuje tu rozmachu, charyzmy i humoru sytuacyjnego, który w pierwszej części bawił zarówno dzieci, jak i dorosłych. W efekcie mamy do czynienia z typowym i rozczarowującym „skokiem na kasę”, który wykorzystuje znany tytuł do promocji przeciętnego filmu familijnego.

Prezent pod choinkę 2 (A Christmas Story 2, 2012)

„Prezent pod choinkę” z 1983 roku to w USA pozycja wręcz święta – nostalgiczna opowieść o dorastaniu, która do dziś sprawdza się znakomicie. Sequel powstał niemal 30 lat później i od razu trafił na rynek DVD, co rzadko wróży wysoką jakość.

Twórcy starali się odtworzyć klimat pierwowzoru, ale efekt jest sztuczny i plastikowy. Główny bohater, Ralphie, jest teraz nastolatkiem marzącym o samochodzie, jednak jego perypetie pozbawione są uroku i autentyczności oryginału. To przykład filmu, który powstał z kalkulacji, a nie z potrzeby opowiedzenia ciekawej historii.

Co ciekawe, mimo chłodnego przyjęcia „A Christmas Story 2”, marka nie została całkowicie porzucona. W 2022 roku powróciła w formie całkiem udanego „A Christmas Story Christmas” („Świąteczny prezent pod choinkę”), tym razem już z dorosłym Peterem Billingsleyem w roli Ralphiego. Sequel z 2012 roku pozostaje jednak przykładem bezdusznej kontynuacji, która w oczach wielu fanów istnieje głównie po to, by skorzystać na rozpoznawalności ukochanego oryginału.

Śnięty Mikołaj 3: Uciekający Mikołaj (The Santa Clause 3, 2006)

O ile pierwsza część Śniętego Mikołaja jest uważana za jedną z lepszych ról Tima Allena, a druga utrzymała przyzwoity poziom, o tyle „trójka” to moment wyraźnego zmęczenia materiału.

Wprowadzenie postaci Jacka Frosta (Martin Short) miało odświeżyć serię, ale zamiast tego wprowadziło zupełnie niepotrzebny chaos. Film jest przeładowany efektami specjalnymi i krzykliwą scenografią, całkowicie gubiąc gdzieś po drodze serce i emocje. Krytycy zgodnie uznali, że to moment, w którym seria powinna się zakończyć, bo tak przesłodzona i chaotyczna wizja potrafi zmęczyć nawet najbardziej zagorzałych fanów świątecznej magii.


"Mistrz" zen i łamania kości powraca. Steven Seagal zagra w „Order of the Dragon”

Jeśli myśleliście, że światowe kino akcji może spać spokojnie bez swojego najbardziej stoickiego bohatera, byliście w błędzie. Steven Seagal, człowiek, który z jednej miny uczynił znak firmowy, a czarne kimono zamienił na taktyczne kamizelki (ewentualnie czarne garnitury w rozmiarze XXL), wraca na ekrany. Tym razem w produkcji o dumnie brzmiącym tytule „Order of the Dragon”.

Powrót króla klasy B

Wiadomość o nowym projekcie spadła na fanów niespodziewanie, niczym cios aikido wymierzony w nadgarstek niczego niepodejrzewającego zbira. Za zamieszanie odpowiada reżyser Vjekoslav Katusin, który za pośrednictwem mediów społecznościowych podzielił się radosną nowiną. Steven Seagal wcieli się w postać Masona Rykera.

Kim jest Mason Ryker? To ostatni żyjący członek i przywódca tytułowej organizacji „Order of the Dragon”. Brzmi tajemniczo, a synopsis sugeruje, że moralność bohatera może ulec niespodziewanej przemianie. Jednak udostępnione zdjęcia z planu uspokajają purystów – Seagal robi tam dokładnie to, czego się od niego oczekuje. Nosi czarny garnitur, wygląda groźnie i pacyfikuje oponentów, prawdopodobnie nie wykonując przy tym zbyt wielu gwałtownych ruchów.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Vjekoslav Katusin (@vjekoslavkatusin)

Reżyser nie kryje entuzjazmu, pisząc o „przytłaczającym popycie” na ten film. Trudno zweryfikować, czy popyt ten generują fani kina kopanego, czy koneserzy memów, ale Katusin zapewnia:

Nie mogę się doczekać, aż wszyscy doświadczycie 'Order of the Dragon'.

Harmonia ducha kontra rzeczywistość planu

Steven Seagal to postać, która w Hollywoodzkiej encyklopedii zajmuje miejsce gdzieś pomiędzy „ikoną lat 90.” a „chodzącą kontrowersją”. Karierę rozpoczął z przytupem w 1988 roku filmem „Nico” (Above the Law), szybko stając się twarzą kina, w którym problemy rozwiązywało się łamaniem kończyn.

Jednak z biegiem lat aura tajemniczego mistrza aikido zaczęła nieco gęstnieć. Kariera aktora od dawna pozostaje w cieniu poważnych oskarżeń o niewłaściwe zachowania seksualne. Mimo że wiele kobiet formalnie oskarżyło gwiazdora, ten konsekwentnie utrzymuje, że jest niewinny, i jak dotąd unika konsekwencji prawnych.

Równie ciekawie wygląda zderzenie filozofii aikido – sztuki walki promującej harmonię i wykorzystywanie siły przeciwnika dla wspólnego dobra – z relacjami z planów filmowych. Byli współpracownicy, kaskaderzy, a nawet inne gwiazdy Hollywood, wielokrotnie wspominali o „drobnych niesnaskach”. Okazuje się, że dążenie do harmonii w wydaniu Seagala często wiązało się z agresywnym zachowaniem i dość specyficznym podejściem do współpracy zespołowej.

Czekając na premierę

Jeśli zastanawiacie się, czy „Order of the Dragon” przywróci Stevenowi Seagalowi dawną chwałę, czy stanie się kolejną perłą w koronie kina „tak złego, że aż dobrego”, zaryzykujemy odpowiedź już teraz - to drugie. Myśliliśmy, że Stevena Seagala mamy już z głowy, ale widocznie dopóki istnieją czarne płaszcze i statyści gotowi na widowiskowy upadek po delikatnym dotknięciu mistrza, aktor nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.


Privacy Preference Center