Krzyk 7' nadchodzi. Ghostface chce "spalić wszystko"

Źr.: pexels.com

Pojawił się pierwszy zwiastun 'Krzyku 7'. Po zmianach produkcyjnych, reżyserię objął Kevin Williamson (scenarzysta kultowej pierwszej części), a za scenariusz ponownie odpowiada Guy Busick. Co najważniejsze dla wielu fanów, powraca Neve Campbell w roli Sidney Prescott.

Nowa zapowiedź skupia się na Sidney i jej rodzinie. Ghostface tym razem bierze na cel córkę Prescott, Tatum (w tej roli Isabel May). Jako mąż Sidney, Mark, występuje Joel McHale. W zwiastunie nie brakuje nawiązań do poprzednich części, w tym do finału pierwszego filmu. Wygląda na to, że twórcy stawiają na mocne połączenie nostalgii z nowym zagrożeniem.

 

Poza Campbell, na ekranie zobaczymy także powracających weteranów serii: Courteney Cox, Davida Arquette oraz Masona Goodinga i Jasmin Savoy Brown (którzy przetrwali wydarzenia z Nowego Jorku). Głosu Ghostface'owi tradycyjnie użycza Roger L. Jackson.

Mieszane reakcje fanów

Reakcje w mediach społecznościowych na zwiastun są w dużej mierze pozytywne. Jeden z użytkowników platformy X napisał wielkimi literami: "WYGLĄDA CHOLERNIE OBŁĘDNIE", podczas gdy inni już ogłaszają 'Krzyk 7' "filmem roku". Pojawiają się też opinie, że zapowiedź "już wygląda 10 razy lepiej niż 'Krzyk 5' i '6' były".

Nie brakuje jednak głosów krytycznych. Część fanów zapowiada bojkot filmu. Głównym powodem jest głośne zwolnienie Melissy Barrery (gwiazdy dwóch poprzednich odsłon) przez studio Spyglass po jej komentarzach w mediach społecznościowych na temat konfliktu w Gazie.

Użytkowniczka @YaBintifada napisała na X: "Jako wieloletnia fanka 'Krzyku' nie mogę z czystym sumieniem wspierać tego filmu po tym, jak Spyglass ZWOLNIŁO Melissę Barrerę...". Inni publikują grafiki wyjaśniające powody bojkotu i domagają się powrotu Barrery oraz Jenny Ortegi, która również opuściła projekt.

 


Czas pokaże, czy kontrowersje wpłyną na ostateczne wyniki finansowe filmu. Premiera 'Krzyku 7' zaplanowana jest na 27 lutego 2026 roku.


Gdyby nie święta, nie byłoby Haloween?

 
 

"Halloween" Johna Carpentera z 1978 roku jest powszechnie uznawane za film, który ustalił zasady gatunku slasherów. Jednak cztery lata wcześniej pojawił się inny tytuł, który nie tylko dostarczył schematu, ale którego niezrealizowany pomysł na kontynuację mógł być bezpośrednią iskrą dla powstania historii Michaela Myersa.

Mowa oczywiście o "Black Christmas" z 1974 roku.

Horror w reżyserii Boba Clarka to kanadyjska produkcja, która na pierwszy rzut oka wydaje się typową historią grozy. Grupa studentek z bractwa otrzymuje niepokojące, anonimowe telefony w okresie świątecznym. Wkrótce telefony przeradzają się w serię morderstw.

W obsadzie znalazły się m.in. Olivia Hussey, Margot Kidder i John Saxon. Film, zrealizowany przy niewielkim budżecie, z czasem zyskał status kultowego. Co ważniejsze, "Czarne Święta" wykorzystały wiele tropów, które później stały się standardem gatunku, w tym motyw "final girl" (ostatniej ocalałej dziewczyny). "Halloween" mogło ustanowić standardy, ale to film Clarka dostarczył pierwotnego projektu.

 

 

View this post on Instagram

 

A post shared by horrorboy.2005 (@horrorboy.2005)

Rozmowa, która (prawdopodobnie) zmieniła horror

Podobieństwa między filmami są uderzające, ale kluczowa wydaje się anegdota dotycząca przyjaźni reżyserów. Bob Clark i John Carpenter znali się i współpracowali nad niezrealizowanym projektem jeszcze przed premierą "Halloween".

Według relacji Boba Clarka (potwierdzonej w wywiadzie dla Roberta V. Galluzzo), Carpenter zapytał go kiedyś, czy ten planuje sequel "Czarnych Świąt". Clark odpowiedział, że nie, ponieważ nie chciał zajmować się wyłącznie horrorem. Carpenter drążył temat, pytając, jak taki sequel mógłby wyglądać.

Odpowiedź Clarka brzmiała następująco:

Akcja działałby się rok później, facet [morderca] zostałby złapany, uciekłby ze szpitala psychiatrycznego, wrócił do domu i wszystko zaczęłoby się od nowa. I nazwałbym to 'Halloween'.

John Carpenter nigdy wprost nie potwierdził, że ta rozmowa była bezpośrednią inspiracją. Niezależnie od tego, czy pomysł na "Halloween" był wyłącznie dziełem Carpentera i Debory Hill, trudno zignorować tę historię. "Czarne Święta" pozostają kluczowym tytułem dla zrozumienia, skąd wziął się współczesny slasher.

Znany nie tylko z tego, że mógł zainspirować Carpentera

Inspiracją do "Czarnych Świąt" była miejska legenda (i prawdziwa zbrodnia). Scenariusz filmu został luźno oparty na popularnej amerykańskiej miejskiej legendzie "Opiekunka i człowiek na piętrze" (tej samej, która zainspirowała później pierwszą scenę "Krzyku"). Drugim źródłem inspiracji była seria prawdziwych morderstw, do których doszło w okresie świątecznym w Montrealu.

Oryginalny tytuł roboczy filmu brzmiał "Stop Me" (Zatrzymaj mnie). Kiedy film trafił do amerykańskiej dystrybucji, jego tytuł zmieniono na "Silent Night, Evil Night" (Cicha noc, zła noc). Dystrybutorzy obawiali się, że tytuł "Black Christmas" zostanie mylnie odebrany jako film z nurtu "blaxploitation", który był wtedy bardzo popularny.

Film miał bardzo znanego i dość niespodziewanego miłośnika. Był nim Elvis Presley. Podobno "Czarne Święta" były jednym z jego ulubionych filmów, który oglądał co roku na Boże Narodzenie w swojej posiadłości Graceland.

Metoda na głos "Billy'ego". Przeszywające, obłąkańcze głosy w telefonie należą do kilku osób, ale głównym wykonawcą był aktor Nick Mancuso. Aby osiągnąć autentycznie niepokojący i niestabilny ton, Mancuso podczas nagrań... stawał na głowie, ściskając przeponę. Reżyser Bob Clark również nagrał kilka kwestii, aby głos mordercy był niespójny i trudny do zidentyfikowania.

Utracona rola Gilty Radner. W roli Phyl (którą ostatecznie zagrała Andrea Martin) pierwotnie obsadzono Gilde Radner. Była to jedna z jej pierwszych potencjalnych ról filmowych. Radner wycofała się jednak z projektu tuż przed rozpoczęciem zdjęć, aby dołączyć do obsady nowego programu komediowego – "Saturday Night Live".

Jeśli chcecie już dziś wprowadzić się w nastrój Halloween, "Black Christmas" Boba Clarka można obejrzeć - za darmo - na Youtube.


Diablo Cody pracuje nad sequelem jednego z najbardziej niedocenionych horrorów

Film Zabójcze ciało (oryg. Jennifer's Body) to klasyczny przykład produkcji, która potrzebowała lat, by znaleźć swoją publiczność. Po premierze w 2009 roku film okazał się finansową klapą i został chłodno przyjęty przez krytyków. Dziś jednak cieszy się zasłużonym statusem feministycznego horroru kultowego. Wygląda na to, że ten spóźniony sukces może wreszcie zaowocować kontynuacją.

Wiadomością podzieliła się reżyserka oryginału, Karyn Kusama. Podczas specjalnego pokazu filmu z okazji Halloween, organizowanego przez Academy Museum of Motion Pictures, Kusama rozmawiała z portalem Deadline. Potwierdziła, że scenarzystka Diablo Cody (laureatka Oscara za Juno) aktywnie pracuje nad tekstem sequela.

Wiem, że ona [Cody] właśnie nad tym pracuje i jestem bardzo podekscytowana tym, co z tego wyniknie. Znam niektóre założenia fabuły i nie zdradzając niczego, brzmi to zabawnie i szalenie, jak pierwszy film. Nie mam wątpliwości, że Diablo zrobi z tym coś niesamowitego.

Kusama nie sprecyzowała jednak, czy sama ponownie stanie za kamerą jako reżyserka. Na razie Zabójcze ciało 2 pozostaje więc na etapie scenariuszowym, ale prace nad nim trwają.

Niezrozumiany film, który wyprzedził swoje czasy

Wiadomość o sequelu jest znacząca, biorąc pod uwagę trudną historię filmu. W 2009 roku produkcja zarobiła zaledwie 31 milionów dolarów na całym świecie, przy budżecie wynoszącym 16 milionów. Krytycy byli mocno podzieleni, co przełożyło się na wynik 47% pozytywnych recenzji w serwisie Rotten Tomatoes.

Głównym problemem okazała się wtedy kampania marketingowa. Studio promowało Zabójcze ciało jako prosty, seksowny horror z Megan Fox, próbując przyciągnąć męską widownię. Tymczasem scenariusz Diablo Cody był w rzeczywistości satyrycznym podejściem do horroru coming-of-age, poruszającym tematy toksycznej przyjaźni i kobiecej rywalizacji.

Spóźniony status kultowy

Dopiero po latach film doczekał się ponownej oceny i zyskał miano kultowego. Widzowie docenili inteligentny scenariusz i oryginalne podejście Kusamy do gatunku.

Podczas niedawnego pokazu reżyserka odniosła się do dziedzictwa filmu: "Jestem po prostu wdzięczna, że film zdołał znaleźć swoją publiczność, może na innej osi czasu, niż ktokolwiek z nas oczekiwał lub miał nadzieję. (...) Pomysł, że Zabójcze ciało mogłoby być dla kogoś tym, czym Ojciec Chrzestny, po prostu łaskocze mnie po palcach u stóp".


Here's The Thing... przez 10 godzin

Marvel Studios po raz kolejny sięga po nietypowe formy promocji. Do sieci trafił właśnie 10-godzinny materiał wideo, którego jedynym bohaterem jest Ben Grimm, czyli The Thing. Film z serii "Marvel Ambiance" pokazuje członka Fantastycznej Czwórki stojącego w kuchni Baxter Building. Przez pełne 10 godzin The Thing... po prostu czeka.

To nie pierwszy raz, gdy Disney decyduje się na taki ambientowy materiał. Wcześniej fani mogli spędzić długie godziny, oglądając domek na plaży z serialu Agatha All Along, medytując z Daredevilem w deszczu, a nawet słuchając oddechu Wolverine'a.

„Fantastic Four: First Steps” wreszcie na Disney+

Nietypowe wideo ma oczywiście związek z premierą filmu "Fantastic Four: First Steps" na platformie streamingowej Disney+. Produkcja, która zadebiutowała w kinach latem, stała się co prawda największym filmem Marvel Studios w 2025 roku, jednak jej wynik finansowy pozostawił sporo do życzenia.

Film zarobił na całym świecie 521 milionów dolarów. Chociaż dla wielu tytułów byłby to powód do świętowania, przy gigantycznych kosztach produkcyjnych, jakie pochłaniają filmy MCU, rezultat ten został odebrany jako rozczarowanie.

Streaming ma poprawić wyniki

Teraz produkcja ma szansę poprawić swój bilans finansowy dzięki debiutowi na Disney+. Oczekuje się, że film bez trudu zdobędzie szczyt rankingów oglądalności na platformie i utrzyma się tam przynajmniej przez pierwszy tydzień lub dwa.

Miliony wyświetleń przełożą się na konkretne zyski, szczególnie w przypadku subskrybentów korzystających z tańszych planów wspieranych reklamami. Film będzie generował przychody tak długo, jak długo będzie dostępny w bibliotece serwisu.

Tymczasem studio już przygotowuje się do kolejnych wielkich premier. W 2026 roku do kin trafią Spider-Man: Brand New Day oraz Avengers: Doomsday. W przypadku tych dwóch tytułów oczekiwania dotyczące wyników box office są znacznie wyższe i nikt nie powinien narzekać na końcowe wpływy.


Zdjęcia do "Evil Dead Burn" zakończone. Znamy datę premiery

Kolejna odsłona kultowej serii "Martwe Zło" jest coraz bliżej. Prace na planie filmu "Evil Dead Burn" oficjalnie się zakończyły. Informacja pojawiła się w mediach społecznościowych, a serwis Bloody Disgusting udostępnił krótkie wideo zza kulis.

Materiał jest krótki, ale treściwy – pokazuje brutalną i krwawą scenę, dając jasno do zrozumienia, że nowa część nie będzie brała jeńców. Co najważniejsze, film otrzymał oficjalną datę premiery: 24 lipca 2026 roku.

Sukces "Przebudzenia" wiatrem w żagle franczyzy

Wyznaczenie daty premiery na środek sezonu letniego to wyraźny sygnał, że Warner Bros. ma ogromne zaufanie do franczyzy. Zazwyczaj ten okres zarezerwowany jest dla największych hitów gatunkowych. Trudno się dziwić tej decyzji, biorąc pod uwagę finansowy sukces "Martwe Zło: Przebudzenie" (Evil Dead Rise), który stał się najbardziej dochodowym filmem w całej serii.

Warto przypomnieć, że "Przebudzenie" pierwotnie miało trafić prosto na platformę HBO Max. Dopiero entuzjastyczne reakcje na pokazach testowych przekonały studio do zmiany strategii i wprowadzenia filmu do szerokiej dystrybucji kinowej. Podobny los spotkał niedawno film "Obcy: Romulus" (Alien: Romulus), który również miał być produkcją streamingową (dla Hulu), a ostatecznie trafił do kin, osiągając sukces i otwierając drogę do sequela.

Nowa krew także za kamerą

Reżyserem "Evil Dead Burn" jest Sébastien Vaniček, który napisał scenariusz wspólnie z Florentem Bernardem. Zaangażowanie Vanička to kontynuacja strategii producenta wykonawczego, Sama Raimiego, polegającej na wyszukiwaniu świeżych talentów w świecie horroru. Raimi był podobno pod ogromnym wrażeniem debiutanckiego filmu Vanička, czyli "Robactwo" (Infested).

Seria "Martwe Zło" po raz kolejny udowadnia, że jest nie tylko stałym punktem w gatunku horroru, ale także trampoliną dla młodych twórców, którzy mogą zaprezentować swoje umiejętności w ramach dużej produkcji.

Na razie nie wiadomo jeszcze, jak "Burn" będzie fabularnie powiązany z "Przebudzeniem". Najprawdopodobniej będzie to jednak historia niezależna, a seria zmierza w kierunku formatu antologii, gdzie każdy film opowiada osobną historię osadzoną w tym samym uniwersum.

Krótki fragment zza kulis udostępniony przez Bloody Disgusting (a następnie oficjalny profil serii) potwierdza jedno: Vaniček nie zamierza rezygnować z brutalności i gore, które stały się znakiem rozpoznawczym "Martwego Zła".


Czy potrzebujemy kolejnego Hocus Pocus? Bette Midler zapowiada część trzecią

fot.: pexels.com

Ledwo opadł kurz po premierze "Hocus Pocus 2", a już pojawiają się konkretne plany na trzecią część. Bette Midler, wcielająca się w ikoniczną Winifred Sanderson, potwierdziła, że prace nad kontynuacją nabierają tempa. Aktorka jest podobno zachwycona scenariuszem.

Ta wiadomość, choć z pewnością ucieszy fanów sióstr Sanderson, rodzi jednak pytanie – czy ta franczyza ma jeszcze coś do zaoferowania, czy czeka nas powtórka z rozczarowującej "dwójki"?

Podczas występu w programie Watch What Happens Live, Bette Midler ujawniła, że otrzymała scenariusz "Hocus Pocus 3". Opisała go jako "brillant" (wspaniały), co mocno ją podekscytowało. Teraz, jak stwierdziła, trwają prace nad logistyką – ustalanie budżetu, lokalizacji i ogólnego kształtu produkcji. Warto przypomnieć, że Midler już kilka miesięcy temu wyrażała chęć powrotu, ponaglając Disneya do działania. Żartowała nawet, że chciałaby to zrobić, "zanim jeszcze oddychamy". Wygląda na to, że Disney, zachęcony wynikami "dwójki", faktycznie przyspieszył prace nad projektem.

Sukces w streamingu, artystyczne rozczarowanie

Nie da się ukryć, że "Hocus Pocus 2" z 2022 roku był dla platformy Disney+ ogromnym sukcesem. Film wygenerował 2,7 miliarda minut oglądalności, stając się najchętniej oglądaną premierą oryginalnego filmu w historii serwisu. Liczby jednak nie zawsze idą w parze z jakością, co wyraźnie widać w odbiorze filmu. Dla wielu (z redakcją Studion włącznie) film był produkcją odtwórczą, pozbawioną magii oryginału i opartą wyłącznie na nostalgii. Oceny krytyków i widzów tylko to potwierdzają:

  • IMDb: 6.0/10
  • Rotten Tomatoes: 64% (Krytycy) i zaledwie 50% (Widzowie)

Recenzje doskonale oddają ten podział. Z jednej strony pojawiały się głosy pozytywne, skupione głównie na powracającej obsadzie:

Chemia między Midler, Parker i Najimy to wciąż czysta magia. Dla nich warto było czekać.

Z drugiej strony, dominowały opinie negatywne, punktujące wady filmu, z którymi trudno się nie zgodzić:

Pusta imitacja oryginału, zbyt mocno polegająca na nostalgii i pozbawiona jakiejkolwiek akcji i wiarygodnego zagrożenia.

Fabuła jest cienka jak papier, a nowe postacie są kompletnie nijakie. Rozczarowujący skok na kasę.

Kogo zobaczymy w "Hocus Pocus 3"?

Powrót Bette Midler wydaje się przesądzony. Można śmiało zakładać, że u jej boku ponownie staną Sarah Jessica Parker (Sarah) i Kathy Najimy (Mary), które wcześniej również wyrażały zainteresowanie kontynuacją.

Największą zagadką pozostaje powrót oryginalnej obsady z filmu z 1993 roku. Fani byli bardzo rozczarowani, że w "dwójce" zabrakło miejsca dla postaci Maxa (Omri Katz), Dani (Thora Birch) czy Allison (Vinessa Shaw). Być może "trójka" naprawi ten błąd i pozwoli na pełne domknięcie historii, łącząc nowe pokolenie z bohaterami, od których wszystko się zaczęło.

Oryginalny "Hokus Pokus" z 1993 roku to klasyk kina familijnego i nieodłączny element każdego Halloween. Sequel okazał się finansowym hitem dla Disneya, ale jednocześnie artystycznym zawodem. Wiadomość o trzeciej części budzi więc uzasadnione obawy. Czy "wspaniały" scenariusz, o którym mówi Bette Midler, faktycznie przełamie schemat i zaoferuje coś świeżego? A może to tylko kolejna próba zarobku na sentymencie widzów? Na odpowiedź trzeba będzie jeszcze poczekać.


Bill i Ted powrócą? Keanu Reeves i Alex Winter sugerują czwarty film

Fani kultowej serii komediowej o podróżujących w czasie rockmanach mają powody do optymizmu. Keanu Reeves i Alex Winter, odtwórcy głównych ról, w niedawnym wywiadzie odnieśli się do możliwości powstania czwartej części przygód Billa i Teda. Ich odpowiedź z pewnością ucieszy wszystkich, którzy czekają na ich powrót.

Obecnie Reeves i Winter ponownie dzielą scenę, tym razem na deskach teatru. Aktorzy występują razem w broadwayowskiej sztuce "Czekając na Godota", a ich sceniczna współpraca potrwa do 2026 roku. Przy okazji wydarzenia "Business of Broadway Breakfast", duet udzielił wywiadu dla magazynu Variety, w którym padło kluczowe pytanie o przyszłość filmowej franczyzy.

Zapytany o to, czy istnieje szansa na powrót do roli Billa i Teda po zakończeniu pracy nad spektaklem, Keanu Reeves odpowiedział krótko i jednoznacznie: "Tak".

Te słowa zdają się potwierdzać, że pomysł na czwarty film jest aktywnie rozwijany. Już w 2024 roku Alex Winter wspominał, że trwają prace nad koncepcją, która podoba się wszystkim zaangażowanym. "Pracujemy nad pomysłem na czwarty film, który wszystkim nam się podoba, a chłopaki [scenarzyści] zamierzają go napisać, więc zobaczymy. Tworzenie tych rzeczy zajmuje nam trochę czasu i nigdy nie chcemy tego robić, jeśli nie będą świetne" – mówił wtedy aktor.

Czy Bill i Ted odnajdą się we współczesnym kinie?

Dziedzictwo serii o Billu i Tedzie przetrwało dekady, a po prawie 30 latach przerwy duet powrócił w filmie Bill i Ted ratują wszechświat (Bill & Ted Face the Music). Sequel, napędzany w dużej mierze nostalgią, spotkał się z ciepłym przyjęciem fanów i skupił się na przekazaniu pałeczki następnemu pokoleniu.

Film trafił do kin w okresie po pandemii COVID-19, co przełożyło się na ograniczoną dystrybucję kinową. Produkcja odniosła jednak duży sukces na platformach VOD, co może być wskazówką dla producentów przy planowaniu ewentualnej premiery czwartej części. Niewykluczone, że studio zdecyduje się na dystrybucję bezpośrednio w streamingu.

Baza fanów pozostaje silna, a sympatyczni bohaterowie wciąż mają w sobie duży potencjał. Główne wyzwanie dla twórców będzie polegało na tym, by nowa historia trafiła nie tylko do wiernych widzów, ale także do współczesnej publiczności. Pozostaje mieć nadzieję, że Reeves i Winter dostaną szansę, by po raz kolejny wyruszyć w doskonałą podróż.


Koniec pewnej ery. Co dalej z serią "Halloween" po rozstaniu z Blumhouse?

Źr.: pexels.com

Po niedawnej trylogii, która na nowo rozpaliła dyskusje wokół Michaela Myersa, franczyza "Halloween" ponownie zmienia kurs. Prawa do serii opuściły wytwórnię Blumhouse, a przyszłość kultowego mordercy w masce rysuje się teraz w telewizji, pod skrzydłami nowego-starego właściciela.

Jason Blum, szef studia odpowiedzialnego za ostatnie trzy filmy, potwierdził, że jego umowa na produkcję kolejnych części wygasła.

Nie posiadamy już praw. Miałem umowę na trzy filmy - stwierdził, dodając jednak, że byłby otwarty na powrót do świata Haddonfield w przyszłości.

Trylogia w reżyserii Davida Gordona Greena miała swoje wzloty i upadki. "Halloween" z 2018 roku okazało się sukcesem, zarabiając globalnie ponad 259 milionów dolarów i zbierając pozytywne recenzje. Kolejne części, "Halloween zabija" (2021) i "Halloween. Finał" (2022), nie powtórzyły tego wyniku. Ich przychody były niższe, a odbiór wśród krytyków i fanów bardziej mieszany, zwłaszcza w przypadku finałowej odsłony, która spotkała się ze sporym rozczarowaniem.

Nowy rozdział pisany przez Miramax

W 2024 roku pełne prawa do franczyzy "Halloween", zarówno filmowe, jak i telewizyjne, wróciły do studia Miramax. Firma szybko ogłosiła, że jednym z jej priorytetów jest przeniesienie historii na mały ekran i stworzenie serialu telewizyjnego.

 

 

View this post on Instagram

 

A post shared by MonsterFlix (@monsterflixofficial)


Marc Helwig, szef działu telewizyjnego w Miramax, zapowiedział, że nadchodząca produkcja będzie stanowić "całkowity reset kreatywny". Serial ma zignorować wydarzenia nie tylko z trylogii Blumhouse, ale również ze wszystkich pozostałych sequeli. Twórcy planują powrót do korzeni. Jak wyjaśnił Helwig:

Fundamentem jest oryginalny film Johna Carpentera, jego postacie, a być może także grupa bohaterów, na których nie skupiano się zbytnio w ostatnich odsłonach filmowych. To całkowity reset i powrót do oryginału, a nie rozwijanie którejkolwiek z nowszych adaptacji.

Na ten moment prace nad serialem wciąż znajdują się na wczesnym etapie i nie podano wielu szczegółów. Pewne jest jednak, że dla marki "Halloween" zakończył się okres współpracy z Blumhouse, a fani mogą oczekiwać zupełnie nowego spojrzenia na historię Michaela Myersa.


Widzowie wychodzili z kin. Najbardziej kontrowersyjny film roku ma już zwiastun

Kino grozy i czarnej komedii niejednokrotnie testowało granice wytrzymałości widzów. Wygląda jednak na to, że produkcja "F**k My Son!" umieściła poprzeczkę na zupełnie nowym poziomie.

Film, który podczas festiwalowych pokazów wywołał skrajne reakcje i sprowokował część publiczności do opuszczenia sali, właśnie doczekał się oficjalnego zwiastuna. Premiera kinowa zaplanowana jest na 17 października 2025 roku.


Uwaga: materiał zawiera treści drastyczne, przeznaczone wyłącznie dla widzów dorosłych

Koszmar zrodzony z komiksu

"F**k My Son!" to adaptacja undergroundowego komiksu autorstwa Johnny'ego Ryana, znanego z transgresyjnej i bezkompromisowej kreski. Reżyserią zajął się Todd Rohal, a fabuła skupia się na zdesperowanej matce, która porywa młodą kobietę. Jej cel? Zmuszenie ofiary do odbycia stosunku z jej groteskowo zdeformowanym synem.

Oficjalny opis dystrybutora nie pozostawia złudzeń co do charakteru produkcji:

Zejście w otchłań chorej komedii i maniakalnego horroru z kategorią X. Zdesperowana matka wciąga niewinną nieznajomą w absurdalny, obrzydliwy koszmar przekraczający wszelkie wyobrażenie. Bezkompromisowo wierna adaptacja radosnego i odrażającego komiksu transgresywnego artysty Johnny'ego Ryana. Tylko dla dorosłych.

W obsadzie znaleźli się między innymi Tipper Newton ("The Mindy Project"), Robert Longstreet ("Nocna msza") oraz Steve Little ("Mogło być gorzej").

Nowy model dystrybucji

Film wywołał tak skrajne opinie, że jego twórcy zdecydowali się na nietypowy model dystrybucji. Zamiast przekazywać prawa tradycyjnej firmie, powołali do życia kolektyw twórców, który samodzielnie wprowadzi obraz do kin. W jego skład wchodzą reżyser Todd Rohal oraz osoby z doświadczeniem w branży medialnej, związane wcześniej z takimi markami jak Vice, Fox czy Disney.

W oświadczeniu kolektywu można przeczytać:

Zamiast oddawać film tradycyjnemu dystrybutorowi, 'F**k My Son!' zostanie wydany przez kolektyw kierowany przez filmowców - to nowy model, który łączy niezależność kina DIY z zasięgiem branżowej wiedzy. Ta kooperacyjna struktura pozwala twórcom zachować pełną własność swojego filmu, czerpiąc jednocześnie z zasobów, strategii i kontaktów zwykle zarezerwowanych dla produkcji studyjnych.

Celem jest udowodnienie, że odważne, niezależne filmy mogą z powodzeniem funkcjonować w kinach bez konieczności rezygnacji z praw autorskich czy wizji artystycznej. Czy ten eksperyment się powiedzie i czy publiczność jest gotowa na tak bezkompromisowe kino - odpowiedź poznamy już wkrótce.


Następca Hugh Jackmana w roli Wolverine'a?

Fot.: unsplash.com

Postać Wolverine'a jest dla wielu fanów nierozerwalnie związana z wizerunkiem Hugh Jackmana. Aktor przez lata definiował tę rolę, a jego niedawny powrót w „Deadpool & Wolverine” tylko wzmocnił ten status. Wygląda jednak na to, że Marvel powoli otwiera drzwi dla nowej interpretacji Logana, choć na razie w zupełnie innym medium. Studio Insomniac Games, odpowiedzialne za sukces gier z serii „Marvel's Spider-Man”, otrzymało zadanie przedstawienia światu swojej wersji kultowego mutanta.

Studio Insomniac Games zyskało ogromne uznanie dzięki grom „Marvel's Spider-Man”, jego kontynuacji oraz spin-offowi „Miles Morales”. Tytuły te wyróżniały się nie tylko dopracowaną rozgrywką, ale także świetnie napisaną historią, która z szacunkiem podchodziła do komiksowego materiału źródłowego. Nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec „Marvel's Wolverine” są niezwykle wysokie.

Fani liczą, że deweloperzy przeniosą ten sam poziom jakości do świata X-Menów. Zgodnie z zapowiedziami, gra będzie tytułem ekskluzywnym dla konsol PlayStation, a jej premiera planowana jest na jesień 2026 roku. Dokładna data nie została jeszcze potwierdzona, ale już teraz wiadomo, że gracze mogą spodziewać się mroczniejszej i bardziej brutalnej opowieści niż w przypadku przygód Spider-Mana.

A co z Hugh Jackmanem w MCU?

Zapowiedź gry na nowo rozbudziła dyskusje na temat przyszłości Wolverine'a na dużym ekranie. Po finale „Deadpool & Wolverine” los postaci pozostał otwarty, co daje pole do spekulacji. Dodatkowo, powrót innych aktorów z oryginalnej serii „X-Men”, takich jak Patrick Stewart (Profesor X) czy Ian McKellen (Magneto), podsyca nadzieje fanów na ponowne zobaczenie Jackmana w ikonicznej roli.

Sam aktor pozostaje jednak bardzo powściągliwy w komentarzach na temat swojego ewentualnego udziału w przyszłych projektach Marvel Studios. Jak na razie, ani studio, ani sam Jackman nie potwierdzili żadnych oficjalnych planów. Wygląda więc na to, że w najbliższym czasie to właśnie gra od Insomniac Games będzie głównym wydarzeniem dla fanów Rosomaka.


Privacy Preference Center