Pracowity czas w DC Studios. James Gunn sypie newsami

Szef DC Studios nie zwalnia tempa. James Gunn, zapytany przez fanów o to, jak wygląda jego „typowy dzień” w pracy, zdradził kulisy powstawania najważniejszych nadchodzących produkcji uniwersum. W harmonogramie znalazło się miejsce nie tylko dla Supermana i Supergirl.
Komunikacja Jamesa Gunna z fanami za pośrednictwem platformy Threads stała się już tradycją. Reżyser i współprezes DC Studios regularnie uchyla rąbka tajemnicy na temat postępów prac nad nowym uniwersum. Tym razem odpowiedź na pytanie o codzienną rutynę stała się kopalnią wiedzy o statusie kilku wyczekiwanych tytułów.
„Nie ma czegoś takiego jak typowy dzień”
Gunn podkreślił, że dynamika jego pracy wyklucza rutynę. Obecnie jego uwaga skupiona jest na kilku frontach jednocześnie: od przygotowań do projektu określanego jako „Man of Tomorrow”, po nadzorowanie montażu seriali i filmów.
Urok tej pracy polega na tym, że nie ma tu typowych dni! Większość czasu spędzam obecnie na przygotowaniach do 'Man of Tomorrow' – storyboardach, spotkaniach działów, poszukiwaniu lokacji i castingu. Przeplatam to przeglądaniem montażówek 'Supergirl' i 'Lanterns', omawianiem marketingu wszystkich projektów, czytaniem i nanoszeniem uwag na nowe scenariusze, wspieraniem ekipy 'Batmana 2' [...] oraz oczekiwaniem na pierwszą wersję montażową 'Clayface' (nie mogę się doczekać!).
Szczególną uwagę zwraca wzmianka o „Clayface”. Potwierdza to, że film o zmiennokształtnym przeciwniku Batmana, utrzymany w konwencji body horroru, zakończył już zdjęcia i znajduje się w fazie postprodukcji.
„Lanterns”: detektywi w świecie superbohaterów
Równie ekscytujące wieści płyną z Brazylii, gdzie podczas wydarzenia HBO Max Upfront zaprezentowano pierwsze fragmenty serialu „Lanterns”. Produkcja, w której główne role grają Aaron Pierre (John Stewart) i Kyle Chandler (Hal Jordan), zapowiada się na mroczny kryminał osadzony w realiach science-fiction.
Opis zaprezentowanego zwiastuna rzuca nieco światła na klimat serii:
-
Klimat: Westernowy sznyt, akcja osadzona na amerykańskiej prowincji, dominacja brązowej palety barw.
-
Relacja bohaterów: Hal Jordan pełni funkcję mentora, swego rodzaju „nauczyciela na zastępstwie” dla Johna Stewarta. Między Latarniami dochodzi do spięć – John twierdzi, że jest skuteczniejszy w ratowaniu ludzi.
-
Smaczki: W materiale pojawia się krótka scena lotu Hala Jordana oraz wzmianka o wiewiórce będącej Zieloną Latarnią (prawdopodobnie chodzi o komiksowego Ch'p).
Serial opisywany jest jako przyziemna historia w stylu „Detektywa” (True Detective), gdzie dwójka bohaterów odkrywa mroczną tajemnicę w sercu Stanów Zjednoczonych.
Co dalej z „Man of Tomorrow”?
Choć Gunn jest zajęty, maszyna DC Studios pracuje pełną parą. Wzmianka o „Man of Tomorrow” sugeruje intensywne prace nad kolejnym rozdziałem historii Człowieka ze Stali lub projektem bezpośrednio z nim powiązanym. Fani z pewnością będą też wyczekiwać pierwszych oficjalnych materiałów z „Clayface”, który może okazać się jedną z najbardziej oryginalnych produkcji w nowym portfolio studia.
Nagłe zmiany na planie „Star Wars: Starfighter”. Finał filmu powstaje od nowa

Produkcja nowego widowiska z uniwersum Gwiezdnych Wojen trwa w najlepsze, ale nie obyło się bez twórczych turbulencji. Shawn Levy, reżyser nadchodzącego „Star Wars: Starfighter”, zdradził, że zakończenie filmu uległo drastycznej przebudowie w trakcie trwania zdjęć.
Praca na planie tak ogromnych blockbusterów rzadko przebiega idealnie zgodnie z pierwotnym harmonogramem. Jednak całkowita zmiana trzeciego aktu w momencie, gdy kamery już pracują, to sytuacja niecodzienna. Informacja ta rzuca nowe światło na proces powstawania jednej z najbardziej wyczekiwanych produkcji Lucasfilm.
„Rzeczy się nie spinały” – Levy o kulisach decyzji
Reżyser podzielił się tą nowiną podczas rozmowy w programie On Film... With Kevin McCarthy. Okazuje się, że pierwotna wizja finału została porzucona, a ekipa obecnie realizuje zupełnie nowy wariant zakończenia. Levy przyznał szczerze, że zmiana była wymuszona okolicznościami, ale ostatecznie wyszła projektowi na dobre.
Mieliśmy zupełnie inny pomysł na coś w trzecim akcie, ale rzeczy się nie spinały i zostałem zmuszony do wymyślenia nowej koncepcji. Dosłownie teraz kręcę ten fragment filmu. Każdego dnia jestem wdzięczny, że to, co miałem zrobić pierwotnie, nie wypaliło. Nowy pomysł, do którego odkrycia zostałem zmuszony, jest o wiele lepszy niż oryginał.
Za scenariusz „Star Wars: Starfighter” odpowiada Jonathan Tropper. Duet Levy-Tropper sprawdził się już przy „Projekcie Adam”, a sam scenarzysta ma na koncie także teksty do filmu „Powiedzmy sobie wszystko” czy serialu „Your Friends and Neighbors”.
Warto zauważyć, że zmiany wprowadzane są na „żywym organizmie”, a nie podczas kosztownych dokrętek po zakończeniu głównych zdjęć. Prace na planie ruszyły w sierpniu 2025 roku. W listopadzie nastąpiła krótka przerwa związana z obowiązkami promocyjnymi Levy'ego przy 5. sezonie „Stranger Things”, a ekipa wraca na plan w grudniu. Niewykluczone, że to właśnie ta luka w harmonogramie pozwoliła na dopracowanie nowego finału bez presji czasu.
Kłopoty czy kreatywny przełom?
Sytuacja ta przywodzi na myśl słynne słowa legendy kina, Billy’ego Wildera: „Jeśli masz problem z trzecim aktem, prawdziwy problem tkwi w pierwszym”. Czy fani powinni się martwić? Niekoniecznie. Historia Gwiezdnych Wojen zna przypadki, gdy spontaniczne decyzje na planie okazywały się strzałem w dziesiątkę.
Najlepszym przykładem jest „Nowa nadzieja”. Decyzja o uśmierceniu Obi-Wana Kenobiego nie była zapisana w oryginalnym skrypcie – zapadła dopiero w trakcie produkcji, co ostatecznie nadało historii znacznie większą głębię emocjonalną. Skoro Shawn Levy z takim entuzjazmem wypowiada się o nowym zakończeniu „Starfightera”, pozostaje mieć nadzieję, że i tym razem wymuszona kreatywność zaowocuje lepszym kinem.
Powrót do miejskiej dżungli. Czy „Zwierzogród 2” powtórzy sukces oryginału?

Musieliśmy czekać niemal dekadę, ale Judy Hopps i Nick Bajer w końcu wracają do gry. Dziś w kinach debiutuje „Zwierzogród 2”, jedna z najbardziej wyczekiwanych animacji 2025 roku. Disney celuje w otwarcie, które zdominuje box office przed nadchodzącym w grudniu starciem z „Avatarem: Fire and Ash”. Co nowego słychać w metropolii ssaków?
Pierwsza część z 2016 roku postawiła poprzeczkę niezwykle wysoko, zarabiając ponad miliard dolarów i zdobywając Oscara. Siłą tamtej produkcji było nie tylko świetne tempo i humor, ale przede wszystkim inteligentny komentarz społeczny ubrany w szaty policyjnego "buddy movie". Sequel staje przed trudnym zadaniem: musi rozwinąć ten świat, nie tracąc świeżości oryginału.
Gady wkraczają do akcji
Główna oś fabuły "dwójki" skupia się na nowej sprawie kryminalnej, która zmusza ulubiony duet policjantów do opuszczenia bezpiecznych rejonów miasta. Tym razem twórcy zabierają widzów do "Marsh Market" i innych nieeksplorowanych wcześniej dzielnic. Największą nowością jest jednak wprowadzenie do tego świata gadów, które dotychczas były w uniwersum Zwierzogrodu tematem tabu.
Kluczową nową postacią jest Gary – ścigany wąż, któremu głosu w oryginalnej wersji użycza zdobywca Oscara, Ke Huy Quan. Dynamika między nim a Judy i Nickiem ma być motorem napędowym nowej historii. Disney obiecuje, że intryga będzie bardziej skomplikowana, a stawka wyższa niż w przypadku afery z "wyjcami".
Box office w cieniu Pandory
Data premiery nie jest przypadkowa. Koniec listopada to tradycyjnie czas, w którym Disney wypuszcza swoje największe animowane hity. „Zwierzogród 2” ma teraz kilka tygodni na zgarnięcie jak największej części rynku, zanim w połowie grudnia kina zostaną przejęte przez trzecią część „Avatara” Jamesa Camerona.
Analitycy są jednak spokojni. Marka jest silna, a materiały promocyjne sugerują powrót do korzeni – dużo humoru sytuacyjnego (sceny z leniwcami wciąż bawią) i chemii między głównymi bohaterami. Pierwsze recenzje z pokazów przedpremierowych wskazują, że film jest wizualnym majstersztykiem, wykorzystującym postęp technologiczny, jaki dokonał się w animacji przez ostatnie 9 lat.
Czy warto iść do kina?
Dla fanów pierwszej części odpowiedź wydaje się oczywista. To powrót do świata, który pokochały miliony, z obietnicą pogłębienia mitologii o nowe gatunki zwierząt. Film wydaje się bezpiecznym wyborem na rodzinny wypad, oferując warstwy zrozumiałe zarówno dla młodszych widzów, jak i dorosłych, którzy docenią nawiązania do kina szpiegowskiego i thrillery lat 90.
"IT: Welcome to Derry" – pierwsze wrażenia

Długo kazano nam czekać na powrót do jednego z najbardziej upiornych miasteczek w popkulturze. Po sukcesie kinowych dylogii Andy'ego Muschiettiego, oczekiwania względem serialowego prequela były gigantyczne.
"It: Welcome to Derry" w końcu wylądowało na platformie Max. Jesteśmy po seansie otwierających odcinków i jedno jest pewne: czerwony balonik znów unosi się niebezpiecznie wysoko. Czy jednak format serialowy służy tej historii?
Bill Skarsgård to (znowu) MVP
Największą obawą przed premierą był powrót Billa Skarsgårda. Czy w innym formacie aktor będzie w stanie odtworzyć tę samą, zwierzęcą i nieprzewidywalną energię, która zdefiniowała Pennywise'a w 2017 roku? Odpowiedź brzmi: tak. Co więcej, serial daje mu więcej przestrzeni.
W kinie Pennywise był "potworem z szafy", który wyskakiwał, by straszyć. W serialu, twórcy pozwalają sobie na budowanie grozy wokół samej jego obecności. Skarsgård bawi się tą postacią, balansując na granicy groteski i czystego koszmaru. Jego mimika, nawet pod warstwami charakteryzacji, wykonuje tytaniczną pracę. To nie jest powtórka z rozrywki – to pogłębienie psychopatycznej natury "Tańczącego Klauna".
Derry jako główny bohater
Tytuł nie kłamie – to serial o miasteczku. Akcja osadzona w latach 60. (przed wydarzeniami z filmów i "Klubu Frajerów") pozwala spojrzeć na Derry z innej perspektywy. To już nie tylko tło dla walki dzieciaków z potworem. Serial pokazuje, jak zło infekuje społeczność od środka.
Klimat lat 60. został oddany bezbłędnie – od muzyki, przez kostiumy, aż po specyficzną kolorystykę. Jednak pod tą barwną fasadą "American Dream" kryje się brud, rasizm i obojętność, którymi karmi się To. Twórcy, w tym Andy Muschietti (odpowiedzialny za reżyserię pilota), świetnie budują atmosferę niepokoju. Derry śmierdzi zepsuciem, nawet gdy na ekranie nie ma klauna.
Horror w odcinkach? To działa
Przeniesienie struktury horroru Kinga na format serialowy wyszło produkcji na dobre. Filmy musiały pędzić od jednego jump scare'a do drugiego. Serial "Welcome to Derry" ma czas na "slow burn" – powolne budowanie napięcia.
Sceny grozy są dłuższe, bardziej klaustrofobiczne i często oparte na suspensie, a nie tylko na nagłym hałasie. Widać tu budżet HBO – efekty praktyczne mieszają się z CGI na bardzo wysokim poziomie, a brutalność (zgodnie z kategorią wiekową) nie jest cenzurowana. To zdecydowanie produkcja dla dorosłych widzów.
Wstępny werdykt: warto
"IT: Welcome to Derry" na starcie broni się jako samodzielna produkcja, a nie tylko dodatek do filmów. Rozszerzenie mitologii, pokazanie genezy klątwy (choć tu twórcy stąpają po kruchym lodzie, by nie odrzeć tajemnicy z magii) i świetna obsada sprawiają, że jest to jedna z najmocniejszych premier końcówki 2025 roku.
Drżysz pod kocem? Oto 5 filmów, w których bohaterowie marzną bardziej od Ciebie

Dzień jest krótki, za oknem szaro, a termometry w Polsce nie rozpieszczają. To ten moment w roku, kiedy wyjście z domu staje się wyzwaniem, a kaloryfer najlepszym przyjacielem. Paradoksalnie, to właśnie teraz najlepiej ogląda się produkcje, w których śnieg, lód i mróz grają pierwsze skrzypce.
Dlaczego? To prosta psychologia – nic tak nie poprawia komfortu cieplnego we własnym salonie, jak widok Leonardo DiCaprio walczącego o życie w lodowatej rzece. Oto subiektywne zestawienie filmów, które sprawią, że docenisz ciepłą herbatę jak nigdy wcześniej.
1. "Pojutrze" (The Day After Tomorrow) – mróz jako superzłoczyńca
Klasyka kina katastroficznego od Rolanda Emmericha. Choć nauka w tym filmie "wzięła wolne", a tempo zamarzania Nowego Jorku łamie wszelkie prawa fizyki, to wciąż jeden z najlepszych "guilty pleasures" na jesienne wieczory. Sceny, w których bohaterowie uciekają przed "zimnem" goniącym ich korytarzem, bawią i trzymają w napięciu jednocześnie. Idealny wybór na niezobowiązujący seans, gdy chcesz zobaczyć Statuę Wolności w wersji deep freeze.
2. "Zjawa" (The Revenant) – survival totalny
Jeśli narzekasz na chłód w drodze do pracy, pomyśl o Hugh Glassie. Alejandro González Iñárritu stworzył dzieło, które niemal fizycznie boli podczas oglądania. Surowość krajobrazów, wszechobecne błoto i śnieg oraz słynna scena z koniem sprawiają, że widz mimowolnie naciąga koc wyżej pod brodę. To kino, które nie tyle się ogląda, co współodczuwa.
3. "Coś" (The Thing) – zimno i paranoja
Antarktyda, stacja badawcza i... gość z kosmosu, który potrafi być każdym. John Carpenter w 1982 roku udowodnił, że izolacja i mróz to doskonałe tło dla horroru. Tutaj zimno odcina drogę ucieczki, potęgując klaustrofobię. Śnieżyca za oknem stacji nie jest tylko zjawiskiem pogodowym, ale ścianą więzienia. Po tym seansie każda zamieć za oknem wyda się podejrzana.
4. "Śnieżne Bractwo" (Society of the Snow) – prawdziwa walka o życie
Hit Netfliksa sprzed kilkunastu miesięcy (premiera styczeń 2024) wciąż robi ogromne wrażenie. Historia katastrofy w Andach opowiedziana przez J.A. Bayonę to nie tylko survival, ale przede wszystkim studium ludzkiej determinacji. W przeciwieństwie do hollywoodzkich blockbusterów, tutaj mróz jest cichym, ale zabójczym przeciwnikiem. Film trudny emocjonalnie, ale piękny wizualnie i dający do myślenia.
Ciekawostka: reżyser kręcił część scen w prawdziwych warunkach w Sierra Nevada, aby aktorzy autentycznie trzęśli się z zimna.
5. "Fargo" – krew na śniegu
Na koniec klasyka od braci Coen. Śnieżna Minnesota, dziwaczne akcenty, czarny humor i zbrodnia, która wymyka się spod kontroli. Biały puch jest tu wszędzie, kontrastując z makabrycznymi wydarzeniami na ekranie. "Fargo" to dowód na to, że zima w filmie nie musi oznaczać tylko walki o przetrwanie – może być też tłem dla jednej z najlepszych czarnych komedii w historii kina.
Nie ma lepszego sposobu na walkę z listopadową chandrą niż bezpieczny dystans do ekranowych mrozów. Wybierz jeden z powyższych tytułów, przygotuj gorący napój i ciesz się faktem, że twoim największym problemem jest co najwyżej chłodna podłoga, a nie niedźwiedź grizzly czy kosmiczny pasożyt.
Ostatnie odliczanie: Co nas czeka w finale „Stranger Things 5”?

Czekanie na ostateczne starcie w Hawkins dobiega końca. Sytuacja wciąż jest dynamiczna, jednak według najnowszych informacji, finałowy, piąty sezon "Stranger Things" ma zadebiutować na Netfliksie już 27 listopada.
Twórcy obiecują nie tylko największą skalę wydarzeń w historii serialu, ale i odpowiedzi na pytania nękające widzów od prawie dekady. Co wiadomo o fabule, podziale sezonu i kluczowej roli Willa Byersa?
Premiera w trzech aktach
Jak wiemy, zamiast standardowej premiery całości lub podziału na dwie części, Netflix postawił finalnie na trzy akty, rozciągając finał na okres świąteczny i noworoczny:
-
Akt 1: 27 listopada 2025 (4 odcinki)
-
Akt 2: 26 grudnia 2025 (3 odcinki)
-
Akt 3: 1 stycznia 2026 (Wielki Finał)
Taki harmonogram z pewnością podgrzeje atmosferę i utrzyma serial na szczytach rankingów przez cały miesiąc. Jednak w dzisiejszych czasach czekanie nie jest umiejętnością, którą publiczność może się pochwalić, sporo jest więc krytyki dotyczącej tej decyzji.
Powrót do Hawkins – miasto pod kwarantanną
Akcja finału ma dziać się jesienią 1987 roku. Bracia Duffer zapowiadali, że historia wróci do kameralnej, bardziej emocjonalnej atmosfery pierwszego sezonu, choć skala zagrożenia będzie kinowa.
Wiadomo, że miasto Hawkins nie jest już bezpieczne – nosi widoczne blizny po szczelinach otwartych w finale poprzedniej serii. Cały region został zmilitaryzowany i poddany kwarantannie przez rząd, który wciąż poluje na Jedenastkę. Ta sytuacja wzmacnia poczucie oblężenia i ostatecznej konfrontacji. Ale główny cel ekipy jest wciąż niezmienny: znaleźć i zniszczyć Vecnę. Antagonista, choć osłabiony, zniknął, a jego ostateczne plany pozostają nieznane, co zwiększa napięcie.
Will Byers – serce i klucz do Drugiej Strony
Od początku to Will Byers (Noah Schnapp) był centrum koszmaru Hawkins. Twórcy potwierdzili, że to właśnie jego postać będzie kluczowa w finałowej opowieści. Ostatni sezon ma wreszcie wyjaśnić genezę Drugiej Strony i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie Will został porwany w pierwszym odcinku.
Dufferowie obiecali, że widzowie otrzymają odpowiedzi na większość pytań związanych z mitologią serialu. Finał ma zamknąć wszystkie wątki związane z Demogorgonami, Łupieżcą Umysłów, Vecną i tajemniczym alternatywnym wymiarem. To ma być definitywne zakończenie tej historii.
Losy Max i powrót Lindy Hamilton
Najwięcej spekulacji dotyczyło losów Max Mayfield (Sadie Sink), która zapadła w śpiączkę po starciu z Vecną. Zgodnie z przeciekami i informacjami z obsady, Max przeżyła, choć nie wiadomo, w jakim stanie się obudzi. Prawdopodobnie będzie miała do odegrania ważną rolę w ostatecznej bitwie.
Potwierdzono także, że do obsady dołączyła Linda Hamilton (ikona kina science fiction, znana z Terminatora). Choć jej rola jest trzymana w tajemnicy, jej obecność sugeruje zaangażowanie sił wojskowych lub eksperymentów rządowych na dużą skalę.
Kto się poświęci?
Chociaż twórcy stanowczo zaprzeczyli powrotowi ulubieńca fanów, Eddiego Munsona, to przed finałem narasta emocjonalne napięcie dotyczące głównej obsady. Analitycy i fani przewidują, że aby zło zostało pokonane, ktoś z "klubu Dungeons & Dragons" lub "starszej gwardii" (Hopper, Joyce, Steve) będzie musiał złożyć najwyższą ofiarę.
Finałowy sezon ma być testem dojrzałości dla młodych bohaterów, którzy po raz ostatni będą musieli zmierzyć się z dorosłymi problemami i, być może, pożegnać się z kimś bliskim.
"Avatar: Fire and Ash" – ostatnia prosta przed premierą. Czego spodziewać się po powrocie na Pandorę?

Do premiery trzeciej części sagi Jamesa Camerona został dokładnie miesiąc. Po wodnych wojażach z 2022 roku, tym razem Pandora odsłoni swoje bardziej agresywne, wulkaniczne oblicze.
"Avatar: Fire and Ash" ma zerwać z dotychczasowym, czarno-białym podziałem na dobrych Na'vi i złych ludzi. Co dokładnie wiemy o nadchodzącej produkcji i dlaczego "Ludzie Popiołu" mogą wywrócić ten świat do góry nogami?
Koniec z idealizacją Na'vi
Największą nowością w trzeciej odsłonie jest wprowadzenie klanu, który nie wpisuje się w pacyfistyczny wizerunek mieszkańców Pandory. James Cameron wielokrotnie podkreślał w wywiadach, że po pokazaniu negatywnej strony ludzkości, czas pokazać negatywną stronę Na'vi.
Nowe plemię, "Ludzie Popiołu" (Ash People), zamieszkuje wulkaniczne rejony planety. W przeciwieństwie do leśnych Omaticaya czy wodnych Metkayina, ta grupa ma być agresywna, militarystyczna i nastawiona wrogo nie tylko do ludzi, ale i do innych klanów. Na ich czele stoi Varang, w którą wciela się Oona Chaplin (znana z "Gry o Tron"). To właśnie ona ma być główną antagonistką lub przynajmniej postacią wprowadzającą chaos w szeregi rodziny Sullych.
Spider i Quaritch – skomplikowana relacja
Finał "Istoty wody" pozostawił widzów z wyraźnym cliffhangerem dotyczącym Spidera. Decyzja o uratowaniu Quaritcha (w jego nowym, awatarowym ciele) będzie miała kluczowe znaczenie dla fabuły trzeciej części. Jake Sully i Neytiri nie wiedzą jeszcze o tym czynie, co zwiastuje potężny konflikt wewnątrz rodziny.
Sama postać Quaritcha również ewoluuje. Nie jest to już jednowymiarowy złoczyńca z pierwszego filmu. Przebywanie w ciele Na'vi i relacja z synem zaczynają wpływać na jego postrzeganie świata. Czy "Fire and Ash" przyniesie sojusz Spidera z biologicznym ojcem, czy może ostateczne odkupienie pułkownika? Scenariusz z pewnością nie będzie tu prostoliniowy.
Skok technologiczny czy powtórka z rozrywki?
Każdy film z tej serii to poligon doświadczalny dla nowych technologii. O ile "jedynka" zrewolucjonizowała 3D, a "dwójka" wyznaczyła nowe standardy w generowaniu wody (CGI), "trójka" skupia się na ogniu i popiele. Symulacja cząsteczek dymu, żaru i lawy w interakcji z postaciami to kolejne wyzwanie dla studia Weta FX.
Warto zwrócić uwagę na oświetlenie. Sceny wulkaniczne oferują zupełnie inną paletę barw – dominują czerwienie, pomarańcze i głęboka czerń, co stanowi wyraźny kontrast dla błękitów i zieleni z poprzednich części. Wizualnie film zapowiada się na mroczniejszy i bardziej surowy.
Kiri i jej rola w ekosystemie
Wątek Kiri, adopcyjnej córki Jake'a i Neytiri, pozostaje najbardziej mistycznym elementem sagi. Jej niezwykła więź z Eywą sugeruje, że dziewczyna może być kluczem do zrozumienia prawdziwej natury Pandory. Fani spekulują, że to właśnie Kiri będzie musiała przywrócić równowagę zachwianą przez działania Ludzi Popiołu. Czy zobaczymy pełnię jej możliwości? Biorąc pod uwagę, że saga ma liczyć pięć części, Cameron prawdopodobnie nie odkryje jeszcze wszystkich kart, ale rola Kiri z pewnością zyska na znaczeniu.
Czy magia wciąż działa?
Powrót na Pandorę w 2022 roku udowodnił, że widzowie wciąż chcą oglądać to uniwersum na wielkim ekranie. Jednak trzecia część wchodzi do kin w innej rzeczywistości rynkowej. Grudniowa premiera to tradycyjnie czas żniw dla blockbusterów, ale konkurencja nie śpi. "Avatar: Fire and Ash" musi udowodnić, że jest czymś więcej niż tylko technologicznym demo – musi obronić się historią, która wciągnie na kolejne trzy godziny.
Bilety na pierwsze seanse trafią do sprzedaży lada dzień. Wtedy przekonamy się, czy zainteresowanie marką wciąż utrzymuje się na poziomie miliardowych wpływów.
Del Toro, Kojima i James Wan polecają horror "Keeper". Zobacz finalny zwiastun

Studio Neon opublikowało finałowy zwiastun horroru "Keeper" (polski tytuł: "Bezpieczne miejsce"). Film, za który odpowiada Osgood Perkins (coraz częściej nazywany "czarodziejem horroru"), wchodzi do kin w USA już w przyszłym tygodniu.
Zwiastun jest nietypowy i prezentuje entuzjastyczne reakcje innych ikon kina grozy. Nie da się ukryć, że zabieg odnosi zamierzony skutek.
Koszmar w odosobnionym domku
"Bezpieczne miejsce" opowiada o parze, Liz (Tatiana Maslany) i Malcolma (Rossif Sutherland), która wyjeżdża na weekend do odległego domku na odludziu. Większość szczegółów fabuły jest trzymana w tajemnicy. Wiadomo jednak, że film ma eksplorować tematy "odrażającej męskości" i "horroru heteroseksualności". Sam reżyser zapowiadał, że zawsze chciał zrobić horror o związku, "w którym to właśnie związek jest przerażający".
Scenariusz "Keepera" napisał Nick Lepard. Prace nad tekstem ruszyły podczas ubiegłorocznego strajku scenarzystów, a producentom zależało na twórcy, który nie należał do zrzeszenia WGA, aby móc kontynuować rozwój projektu.
Mistrzowie gatunku polecają
Finałowy zwiastun skupia się na koszmarnej atmosferze, ale jego główną siłą są cytaty twórców, którzy mieli już okazję zobaczyć film. A lista nazwisk robi wrażenie:
- Hideo Kojima (twórca gier, koneser kina): "Osgood Perkins znowu łączy nowy strach i zaskoczenie. To czarodziej horroru".
- Guillermo del Toro (reżyser "Kształtu wody"): "'Keeper' to horrorowe origami, które zręcznie składa się samo w sobie".
- James Wan (twórca "Obecności" i "Piły"): "Przerażające, upiorne zejście w otchłań szaleństwa".
- Fede Álvarez (reżyser "Martwego zła" 2013): "'Keeper' to doświadczenie czystej grozy".
- Damien Leone (twórca "Terrifiera"): "Perkins to potężny głos w horrorze".
- Bong Joon-ho (reżyser "Parasite"): "Perkins ma naturalny talent do [wywoływania] dyskomfortu, który zamienia się w strach".
Amerykańska premiera "Keepera" zaplanowana jest na 14 listopada 2025 roku. W Polsce film, pod tytułem "Bezpieczne miejsce", ma trafić do kin nieco później – 26 grudnia 2025 roku.
"Gremlins 3" oficjalnie potwierdzone. Znamy datę premiery i pierwsze szczegóły

Wygląda na to, że jeden z najbardziej kultowych filmów lat 80. doczeka się kontynuacji. Po dekadach oczekiwań, "Gremlins 3" dostało zielone światło od Warner Bros.
Ogłoszenie, które przekazał szef studia David Zaslav, zelektryzowało fanów Gizmo i jego, cóż, mniej uroczych potomków. Projekt ma być powiązany ze Stevenem Spielbergiem (który stał za oryginałem) oraz Chrisem Columbusem (scenarzystą pierwszej części). Warto zauważyć, że w ogłoszeniu na razie nie padło nazwisko Joe Dantego. To on wyreżyserował zarówno "Gremliny" (1984), jak i "Gremliny 2: Nowe pokolenie" (1990).
Pierwszy film był prawdziwym fenomenem. Przy skromnym budżecie 11 milionów dolarów, zarobił na całym świecie ponad 212 milionów. Dokonał tego w niezwykle konkurencyjnym roku, w którym do kin weszły także "Pogromcy duchów", "Indiana Jones i Świątynia Zagłady" oraz "Gliniarz z Beverly Hills".
Niestety jego kontynuacja nie poradziła sobie w box office. Mimo dobrych recenzji, specyficzny, meta-humorystyczny ton "Gremlinów 2", który bezpośrednio uderzał w system studyjny, nie przełożył się na zyski.
Data premiery i świąteczne spekulacje
Najważniejszą informacją jest jednak data premiery. "Gremlins 3" ma trafić do kin 19 listopada 2027 roku. Umiejscowienie premiery na tydzień przed amerykańskim Świętem Dziękczynienia natychmiast uruchomiło spekulacje. Czy tym razem akcja filmu będzie kręcić się wokół świątecznego indyka, a nie bożonarodzeniowej choinki?
Do tych teorii warto podchodzić z rezerwą. Oryginalne "Gremliny" są dziś powszechnie uznawane za klasykę kina świątecznego, mimo że swoją premierę miały w środku lata (w czerwcu 1984). Zanim Chris Columbus podzieli się szczegółami fabuły, trudno wyrokować, czy data premiery ma związek z tematyką filmu.
"Michael" nadchodzi. Jest pierwszy zwiastun biografii Króla Popu

Pojawił się pierwszy oficjalny zwiastun filmu "Michael", wyczekiwanej biografii Michaela Jacksona. Materiał daje wgląd w to, jak w tytułowej roli prezentuje się bratanek artysty, Jaafar Jackson.
Zwiastun otwiera scena w studiu nagraniowym, gdzie Michael spotyka legendarnego producenta Quincy'ego Jonesa (w tej roli Kendrick Sampson). "Wiem, że długo na to czekałeś" – mówi Jones. "Utwory są gotowe. Zaczynajmy od początku".
Następujące po tym ujęcia pokazują migawki z życia Jacksona, zarówno na scenie, jak i poza nią. Wygląda na to, że film obejmie kilka dekad jego kariery. Oficjalny opis produkcji obiecuje widzom "miejsce w pierwszym rzędzie" i śledzi podróż artysty od czasów Jackson Five aż po status globalnego wizjonera. Za scenariusz "Michaela" odpowiada John Logan (znany m.in. z "Gladiatora" i "Skyfall"). W roli głównej występuje wspomniany Jaafar Jackson.
"Dobre, złe i brzydkie"
Choć zwiastun skupia się na ikonicznych momentach, jak nagrywanie teledysku do "Thrillera", twórcy zapewniają, że film nie będzie unikał trudnych tematów.
Reżyser Antoine Fuqua ("Dzień próby") już wcześniej podkreślał, że zamierza opowiedzieć historię opartą na faktach, nie koloryzując mroczniejszych aspektów kariery gwiazdora. W wywiadzie dla "Good Morning America" stwierdził:
Był wielkim artystą. Ale był też człowiekiem. Pokażemy więc to, co dobre, złe i brzydkie. [...] Opowiemy historię Michaela w oparciu o fakty, które mamy. Razem z Grahamem Kingiem [producentem "Bohemian Rhapsody"] przedstawimy fakty, jakie znamy, a publiczność sama zdecyduje, co czuje.
Sceptycyzm wokół produkcji
Kontrowersje wokół projektu budzi fakt, że powstaje on we współpracy z zarządcami majątku Michaela Jacksona. Wywołało to powszechne spekulacje, że film pominie lub złagodzi zarzuty o molestowanie seksualne nieletnich, które przez lata ciążyły na artyście. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na stanowisko córki piosenkarza, Paris Jackson. Publicznie zdystansowała się ona od projektu. Stwierdziła, że jej zaangażowanie ograniczyło się do przeczytania jednej z pierwszych wersji scenariusza i przekazania uwag dotyczących "nieuczciwych" jej zdaniem fragmentów.
Światowa premiera filmu zaplanowana jest na 24 kwietnia 2026 roku.
